26 sierpień 2008 o godzinie 19:15
Jak niektórym z Was już wiadomo, zbliża się, i to wielkimi krokami - jak uważam bardzo ważna data w moim życiu, czyli dzień ślubu z moją - jeszcze - narzeczoną. Ponieważ w moim regionie takie wydarzenia obchodzi się z dość monumentalnie, wymaga to sporo przygotowań, niestety czasu na pisanie bloga tutaj nie ma za wiele. Z tego względu chciałem zapobiec ucieczce wszystkich czytelniczek i czytelników, zafrasowanych przedłużającą się ciszą na blogu. Jeśli ceremonię przeżyję w jednym kawałku, myślę, że coś nowego pojawi się tutaj w okolicach drugiego tygodnia września. Do tego czasu - pozdrawiam wszystkich serdecznie!
Opublikowany w kategorii PRYWATNIE
12 komentarzy »
22 sierpień 2008 o godzinie 8:33
Kilka tygodni temu pisałem o symulacji komputerowej zrealizowanej przez niemieckich astrofizyków z Universität Bonn, w której przedstawili oni możliwe rozwiązanie frapującej astronomów zagadki - obecności masywnych i młodych gwiazd w bardzo niedużej odległości od supermasywnej czarnej dziury, rezydującej - jak wiele na to wskazuje - w centrum Drogi Mlecznej. Wspomniałem tam, że poza rzeczonymi gwiazdami, tzw. gwiazdami S, w mniej ekstremalnej, mimo to ciągle niezwykle małej, odległości od dziury, w dwóch pierścieniach po koncentrycznych orbitach krąży spora liczba gwiazd, których wspomniane symulacje nie obejmowały. Niemieccy astrofizycy zaproponowali dla gwiazd S scenariusz, w którym docierają one tak blisko dziury po “wyrwaniu” przez siły grawitacyjne jednego ze składników układu podwójnego - w najnowszym wydaniu pisma “Science” (22 sierpnia 2008) tym razem szkoccy naukowcy przedstawili kolejną symulację komputerową, która teraz za zadanie miała przedstawienie możliwego scenariusza dla powstawania gwiazd, krążących w dużej ilości we wspomnianych pierścieniach - w warunkach, w których powstawanie gwiazd - dodatkowo bardzo masywnych i młodych - wydaje się w zasadzie mało prawdopodobne ze względu na niszczycielski wpływ grawitacji masywnej dziury.
Astrofizycy z dwóch szkockich uniwersytetów - University of St. Andrews oraz University of Edinburgh - w zespole, kierowanym przez profesora Iana Bonnella (St. Andrews) oraz dr Kena Rice (Edinburgh) wykorzystali superkomputer firmy SGI Altix, znajdujący się we władaniu organizacji Scottish Universities Physics Alliance (SUPA), by ten przez rok wykonywał skomplikowane obliczenia. Warunki początkowe ustalono następująco - w odległości 10 lat świetlnych umieszczono gigantyczną molekularną chmurę gazu o masie ok. 100 tysięcy Słońc, dając jej mniej więcej 20 tysięcy lat czasu na “symulowaną” ewolucję. Po tym czasie w trzewiach superkomputera doszło do interesującego zjawiska - olbrzymia chmura przybliżyła się do supermasywnej czarnej dziury (której masa, zależnie od szacunków, waha się od 3 do 4 milionów mas słonecznych), gdzie doszło w ramach gwałtownego procesu do deformacji chmury - molekularny olbrzym został rozerwany przez siły pływowe masywnego ciała, okrążając w gigantycznej spirali czarną dziurę, przy czym przeważająca jego część, ok. 90%, zostaje odrzucona w końcu z powrotem w przestrzeń międzygwiazdową. Pozostałe 10% chmury utworzyło jednak wokół czarnej dziury eliptyczny dysk, związany z nią grawitacyjnie, zbyt odległy jednak, by miało dojść do szybkiego “połknięcia” przez dziurę. W tym właśnie dysku, w wyniku turbulencji gazu oraz skomplikowanych interacji w trakcie ogrzewania oraz chłodzenia się chmury powstały lokalne zagęszczenia, w których to formować się zaczęły gwiazdy. Symulacja szkockich uczonych, po roku intensywnych obliczeń, wykazała, że gwiazdy, powstające w jej ramach w dysku wokół czarnej dziury, pod względem dwóch zasadnicznych cech - ogromnej masy oraz koncentrycznej orbity wokół czarnej dziury - dobrze zgadzają się z gwiazdami, które zaobserwowano w rzeczywistości.
Oczywiście symulacja komputerowa nie stanowi dowodu w potocznym rozumieniu tego słowa - to tylko swoista demonstracja, jak, przy ściśle określonych i dobranych przez astrofizyków warunkach początkowych, proces mógłby zachodzić. Właśnie warunki początkowe mogą stanowić o “być lub nie być” koncepcji szkockich astrofizyków: kolejnym krokiem na tej drodze będzie sprawdzenie, jak prawdopodobne te warunki mogły być w rzeczywistości. Warto wspomnieć, że istnieje też alternatywne wyjaśnienie dla istnienia licznej grupy gwiazd w pobliżu czarnej dziury w centrum Galaktyki - założenie jest takie, iż gwiazdy te to pozostałość po gromadzie, która zbliżyła się swego czasu za bardzo do masywnego obiektu. Jego największą bolączką jest jednak brak jakichkolwiek śladów po pozostałościach takiej gromady, gdyż takowa musiałaby zostać rozerwana przez czarną dziurę, czyli część gwiazd powinna znajdować się w innym miejscu.
Odkrycie młodych, bardzo masywnych i krótko żyjących (do mniej więcej 10 milionów lat) gwiazd w bardzo niewielkiej odległości od centralnej czarnej dziury jest jednym z ciekawszych odkryć w astrofizyce w ostatnim czasie. Nawet jeśli symulacje szkockich astrofizyków mogą zostać zanegowane przez przyszłe badania, jest to kolejny przyczynek do zrozumienia tego odkrycia.
Praca opublikowana w “Science”:
ASTRONOMY: Stars in the Making
P. J. Armitage (22 August 2008)
Science 321 (5892), 1047-1048. [DOI: 10.1126/science.1162876]
Teksty źródłowe:
Grafika: Kilka etapów symulacji szkockich astrofizyków
Credit: Science and Technology Facilites Council
Opublikowany w kategorii ASTROFIZYKA, CZARNE DZIURY, DROGA MLECZNA, GWIAZDY, NAUKA
23 komentarzy »
19 sierpień 2008 o godzinie 9:25
Nawiązując do dyskusji, która rozpętała się wokół poprzedniego wpisu na portalu Wykop.pl, chciałbym napisać kilka słów osobistego komentarza, bo agresywne ataki poniektórych użytkowników odebrałem jako pewne nieporozumienie.
Zacznijmy od rzeczy najważniejszej - nie posiadam gruntownego wykształcenia w dziedzinie nauk ścisłych, nie pracuję naukowo ani nie pretenduję do miana “fachowca”. Czytelnicy tego bloga, którzy znają go trochę dłużej, wiedzą o tym doskonale i mają świadomość, że czytając zamieszczone tutaj teksty nie sięgają do strony stricte naukowej a jedynie do prywatnej strony osoby, która próbuje w przystępny sposób napisać o zajmujących informacjach, które znalazła w sieci. Prowadzę tego bloga już dłuższy czas, inwestując w niego sporo czasu i wysiłku, próbując przybliżyć osobom, które niekoniecznie jako zachęcający odbierają suchy i enigmatyczny ton artykułów naukowych, najciekawsze w mojej subiektywnej opinii wydarzenia w świecie astrofizyki i fizyki cząstek elementarnych, dziedzin, które są moją prywatną pasją, fascynującą mnie od dawna. Nigdy jednak nie uważałem tego bloga za naukową wyrocznię, miałem świadomość, że nieraz mogę się mylić i pisać wierutne bzdury - nierzadko też prosiłem czytelników o natychmiastową reakcję, gdyby takie błędy zauważyli.
W polskiej Sieci ogromną rzadkością są miejsca, w których w przystępny sposób można poczytać o tak mało popularnych tematach, jakimi są astronomia czy fizyka cząstek. Biorąc to pod uwagę umyśliłem sobie kiedyś niecnie, że ten stan warto próbować zmienić, nawet jeśli grupa docelowa będzie bardzo niewielka, to zawsze może udać się przyciągnąć kogoś, dotąd średnio zainteresowanego, do zgłębiania na własną rękę wiedzy o Wszechświecie, bo naprawdę warto wiedzieć więcej o pięknie i tajemnicach otaczającego nas Wszechświata. Po niemal roku istnienia bloga wydaje mi się, że udało się to w przypadku garstki osób, a to już największy sukces mojego pisania.
Na Wykopie pojawiły się głosy bardzo agresywne i prostackie w tonie, zrównujące tekst z ziemią a autora agresywnie określające jako kłamcę, ignoranta i idiotę. Zaskoczyło mnie to o tyle, że o ile konstruktywna krytyka i wskazanie błędów jest tutaj mile widziana, frontalny atak pełen obraźliwych słów sprawia dużą przykrość. Często spotykam się w Sieci z informacjami, które w moim mniemaniu są nieprawdziwe, jednak nie przychodzi mi do głowy rozpoczynać krytyki od lżenia autora, na tyle można utrzymać pewien poziom kultury. Krytyczne głosy na Wykopie były jednak bardzo gwałtowne, co było pewnym wstrząsem dla mnie.
Zacznijmy od może od zarzutu lżejszego kalibru - tekst jest “pop-naukowy”. Muszę przyznać, że bystrość umysłów “fachowców” tutaj mnie bardzo zaskoczyła, bo nigdy nie ukrywałem, że moje wpisy próbuję formułować w możliwie uproszczony sposób, dostępny dla jak największej ilości czytelników bez przygotowania naukowego. Nie piszę tutaj ani podręcznika fizyki, ani tym bardziej prac naukowych, przepuszczanych przez sito recenzentów, do szacownych pism naukowych. Staram się często nawiązywać do spraw z życia codziennego, używać mocno parabolicznego języka, nie do uniknięcia są tutaj pewne uproszczenia, nie dziw więc, że wpisy są “pop-naukowe”. Dziwny to więc zarzut, którego nie rozumiem, bo zarzut równoznaczny jest z tym, co chcę właśnie osiągnąć.
Kolejne zarzuty to kłamliwe przedstawienie faktów z fizyki. O ile kłamstwo w moim rozumieniu jest celowym zniekształcaniem rzeczywistości, świadomym działaniem, w tym przypadku nie miałem zamiaru w żadnym wypadku nikomu lapidarnie mówiąc “wciskać kitu”, zupełnie mi z tym nie po drodze. Wpis został napisany w oparciu o informacje z kilku zagranicznych portali naukowych, które wydają mi się wiarygodnym źródłem - jako osobie, która nie jest tak niezwykle pewna siebie jak najwięksi krytycy-fachowcy, trudno jest nie zawierzyć informacjom przekazywanym z takich źródeł. Z chęcią podam źródła:
http://www.livescience.com/strangenews/080813-spooky-limit.html
http://sciencenow.sciencemag.org/cgi/content/full/2008/813/3?rss=1
http://www.physorg.com/news137937526.html
http://physicsworld.com/cws/article/news/35404
http://space.newscientist.com/article/mg19926695.000-quantum-strangeness-breaks-the-light-barrier.html?feedId=space_rss20
http://www.spiegel.de/wissenschaft/mensch/0,1518,572068,00.html
http://www.wissenschaft-online.de/artikel/964588
Tak się składa, że informacje podawane, weźmy na to, w portalu pisma “Science” mają dla mnie pewną wagę i trudno mi zakładać, że są nieprawdziwe. Możliwe, że pewne wnioski i sformułowania, których użyłem, mogą zabrzmieć dla fachowca nieprawdziwie, powtarzam jednak, że mogę nieprawidłowo rozumieć pewne rzeczy i mam do tego prawo, by popełniać błędy. Zniechęcająco odbiera się jednak agresywną, prostacką krytykę, opierającą się na obrażaniu autora.
Mam jednak nadzieję, że stali czytelnicy podejdą do tematu z pewną wyrozumiałością - zawsze zapraszam do krytycznego czytania moich wpisów i próby rozwiewania wątpliwości na własną rękę, nie opierając się na tym, co napisałem, jak na wyroczni. Wierzę, że mimo wszystko dostarczyłem Wam i dostarczę jeszcze czasem ciekawych informacji.
Pozdrawiam serdecznie!
Opublikowany w kategorii PRYWATNIE
33 komentarzy »
18 sierpień 2008 o godzinie 10:34
W 1905 roku, wyjaśniając w swej pracy naukowej istotę zjawiska fotoelektryczności (emisji elektronów przez obiekt naświetlany promieniowaniem elektromagnetycznym - zawdzięczamy mu między innymi funkcjonowanie baterii słonecznych czy też matryc w aparatach cyfrowych) Albert Einstein przyczynił się walnie do stworzenia zupełnie nowej dziedziny fizyki - mechaniki kwantowej. Ponieważ zjawisko nie mogło zostać wyjaśnione na bazie fizyki klasycznej, Einstein zasugerował istnienie tajemniczej dwoistości materii (tzw. dualizm korpuskularno-falowy), zakładając w swojej teorii, że światło, wymuszające emisję elektronów, musi być rozpatrywane dwojako - jako fala i jako cząstki (kwanty). Prawdziwy przełom nadszedł w latach późniejszych, gdy niezwykłe przewidywania mechaniki kwantowej zaczęły coraz bardziej zaskakiwać naukowców.
Einstein przyczynił się do stworzenia mechaniki kwantowej, jednak nieborak z czasem musiał się zorientować, że teoria ta stoi w jawnej sprzeczności z jego własnymi wytworami, czyli ogólną i szczególną teorią względności. Koronnym argumentem (wykorzystanym też przez Einsteina w 1935 roku do frontalnego ataku na mechanikę kwantową w ramach tzw. paradoksu EPR) był fakt, iż jego teorie wykluczały absolutnie możliwość poruszania się czegokolwiek z prędkością większą niż prędkość światła, mechanika kwantowa natomiast wyraźnie wskazywała, że takie zjawisko musi mieć miejsce. Einstein przegrał tę walkę i kwanty opanowały fizykę już na stałe.
W swoim ataku na świat kwantowych dziwactw Einstein próbował dobrać się do zjawiska tzw. splątania kwantowego, chyba bodaj najdziwniejszego i najbardziej tajemniczego z przewidywań mechaniki kwantowej. Zgodnie z opisem kwantowym istnieje pewien bardzo szczególny stan cząstek subatomowych, zwany splątaniem, w którym cząstki te - nawet oddalone o dowolną odległość - nie są zupełnie niezależne i w jakiś tajemny sposób ich cechy kwantowe są ze sobą powiązane. No i dobrze, można powiedzieć, cóż z tego, problem jednak w owej “dowolnej odległości”. Splątane cząstki wydają się bowiem komunikować natychmiast ze sobą, niezależnie od tego, jak są od siebie oddalone (to mogą być lata świetlne!), łamiąc w ten sposób jawnie paradygmat Einsteina dotyczący ograniczonej prędkości, z jaką może przemieszczać się cokolwiek, nawet informacja.
Einstein przegrał tę batalię - w późniejszych latach w wielu niezależnych eksperymentach wykazano, że splątanie kwantowe to rzeczywistość (jakkolwiek niezrozumiała i niewytłumaczalna), zwiększając stale odległości pomiędzy cząstkami, ciągle uzyskując ten sam wynik. W ostatniej dekadzie XX wieku szwajcarscy naukowcy, kierowani przez fizyka Nicolasa Gisina z Université de Genève, wykazali eksperymentalnie, że cząstki pozostają splątane nawet na odległość kilkunastu kilometrów. Nikt do tej pory nie potrafił jednak podać dobrego wytłumaczenia dla tego efektu, gdyż wymagałoby to wykazania, że jedna z fundamentalnych teorii fizyki - teoria względności lub mechanika kwantowa - musi kłamać.
Kilka dni temu w szacownym czasopiśmie naukowym “Nature” ukazała się praca naukowa, której jednym z autorów jest ponownie Gisin, we współpracy z kolegami z genewskiego uniwersytetu. Praca ta wprawdzie nie odkrywa nic nowego jako taka, potwierdza jednak, zdawałoby się niemożliwe, zachowanie splątanych cząstek.
Jedną z możliwości splątania cząstek jest “przepuszczenie” przez kryształ energetycznego fotonu, który rozbity zostaje na dwóch “bliźniaków” - fotony o większej długości fali, w zasadzie identyczne i nierozróżnialne. Jedną z cech fotonów jest polaryzacja, która może być odpowiednio pionowa lub pozioma. Nieoznaczoność mechaniki kwantowej przepowiada jednak, że przed dokonaniem pomiaru cząstka znajduje się w tzw. superpozycji stanów, czyli - mówiąc lapidarnie - w tym samym momencie ma wszystkie dopuszczalne stany, w tym przypadku zarówno polaryzację pionową jak i poziomą. Dopiero pomiar (poprzez, na przykład, interferometr) stanu cząstki powoduje, że przyjmuje ona - zupełnie losowo - jeden z określonych stanów. Nie brzmi to wszystko zbyt logicznie, najlepsze jednak przed nami - w przypadku splątanych cząstek przed pomiarem jednej z nich obie znajdują się w superpozycji, czyli mają - w omawianym przykładzie - obie dwie polaryzacje. Kiedy jednak zmierzymy polaryzację jednej z nich, druga - pozornie natychmiast - przyjmuje polaryzację przeciwną, niezależnie od tego, jak daleko się znajduje.
Gisin i jego zespół właśnie w opisany (choć w uproszczeniu) wyżej sposób tworzył pary splątanych fotonów na genewskim uniwersytecie, następnie wysyłał je światłowodami do dwóch, leżących naprzeciwlegle na zachód i wschód od Genewy interferometrów, w wioskach Jussy i Satigni, oddalonych od siebie o ok. 18 km. Fotony miały więc do przebycia tą samą drogę. Eksperyment był prowadzony przez dokładnie 24 godziny, by wykluczyć wpływ rotacji Ziemi na pomiary, który mógłby zniekształcać wyniki. W ciągu doby Ziemia wykonuje dokładnie jeden obrót wokół swej osi, w ten sposób wyeliminowano więc wpływ obrotu naszej planety na pomiar. Oczywiście wyniki w pełni potwierdziły przewidywania mechaniki kwantowej - kiedy tylko dokonywano pomiaru jednego z fotonu, określając jego polaryzację w jednej z miejscowości, pomiar cząstki w drugiej z nich zawsze wykazywał, foton ten już “wie” o pomiarze odległym o kilkanaście kilometrów, przyjmując polaryzację przeciwną. Skomplikowane obliczenia, wykonane przez naukowców wykazały, że jeśli przyjmujemy, iż informacja pomiędzy fotonami przekazywana jest przez jakiegoś nieznanego “pośrednika”, to jego prędkość musi być większa 10 tysięcy razy od prędkości światła. Przynajmniej…
Brzmi to absurdalnie, nawet sami naukowcy wykonujący eksperyment nie dopatrują się w tym czegoś, co możemy zrozumieć. Zjawisko było od dawna znane, jednak po raz pierwszy fizycy spróbowali określić, z jaką prędkością musiałby poruszać się “informator”, teoretycznie przekazujący informacje pomiędzy splątanymi cząstkami. Fizycy z grupy Gisina przychylają się nawet do jeszcze skrajniejszego wniosku - ich zdaniem prędkość takiego “mediatora” może być nawet nieskończona. Niestety ani mechanika kwantowa ani tym bardziej teoria względności nie potrafią wyjaśnić tego niezwykłego oddziaływania - jedyne co wiemy, to to, że oddziaływanie to jest niezaprzeczalnym faktem, udowodnionym empirycznie nie raz i nie dwa. Wydaje się, że przyjdzie nam jeszcze poczekać na jakiegoś geniusza, który opowie nam, w jaki sposób cząstki “porozumiewają się” pozornie nieskończenie szybko. Wydaje się jednak, że próba tłumaczenia zjawiska przy pomocy “posłańców”, czyli jakiejś tajemniczej formy oddziaływania, przekazującej informacje między cząstkami, będzie trudna do obronienia. Kto, biorąc pod uwagę szczególną teorię względności, zgodzi się na tajemnicze “cząstki”, przekazujące informację z prędkościami tysiące lub nawet setki tysięcy większymi niż prędkość światła?
Zdjęcie: Prawdziwie przejrzysta wizualizacja splątania
Opublikowany w kategorii FIZYKA, FIZYKA CZĄSTEK, NAUKA
39 komentarzy »
13 sierpień 2008 o godzinie 10:12
W zamierzchłych czasach (w grudniu zeszłego roku) wspominałem tutaj o bardzo ciekawym projekcie, w ramach którego każda i każdy z nas może poczuć się jak astronom “z prawdziwego zdarzenia”, biorąc udział w katalogowaniu odległych obiektów kosmicznych. Mowa oczywiście o internetowym projekcie Galaxy Zoo, którego celem jest klasyfikowanie galaktyk (wedle naprawdę prostych zasad), zarejestrowanych na zdjęciach teleskopu w Nowym Meksyku (USA) w ramach wielkiego przeglądu nieba “Sloan Digital Sky Survey” (SDSS). Projekt - który od grudnia 2007 dostępny jest także w polskiej wersji językowej - przyciągnął nadspodziewanie dużo amatorów, w tym moją skromną osobę (skromnie powiem, że w międzyczasie naliczyłem już ponad 10 tysięcy galaktyk, najlepsze znaleziska zaś można zobaczyć w galerii), dawno też przekroczone zostało magiczne milion galaktyk, które sklasyfikowali internauci. Korzystając z okazji gorąco ponownie zapraszam do udziału w projekcie - nie wymaga żadnej wiedzy astronomicznej i żadnego przygotowania, po krótkim tutorialu można zakasać rękawy i przystąpić do działania (szczególnie w bezproduktywnych chwilach w pracy).
O tym, że warto wstąpić w szeregi “działaczy” Galaxy Zoo świadczyć może fakt, że złaknieni sławy przy pewnej dozie szczęścia mogą znaleźć się na językach astronomów całego świata. Taki los przytrafił się dotąd nikomu nieznanej nauczycielce z Holandii, Hanny van Arkel, która pracowicie przeglądając zdjęcia jesienią minionego roku natknęła się na obiekt, który w żaden sposób nie dał się sklasyfikować w ramach udostępnionego przez autorów projektu schematu. Na szczęście istniała i istnieje możliwość zgłaszania autorom strony rzeczy co najmniej “dziwnych”, co też Hanny skwapliwie uczyniła. Na forum Galaxy Zoo rozpętała się dyskusja, która w końcu wzbudziła żywe zainteresowanie astronomów, możliwe też, że Hanny chcąc nie chcąc zapisała się już na zawsze na kartach astronomicznej historii.
Przeglądając zdjęcia Hanny zauważyła na jednym z nich dziwną “plamę”, która początkowo wydawała się niebieska, jak się później jednak okazało, była tak naprawdę zielona. Położona w gwiazdozbiorze Małego Lwa nie przypominała w niczym galaktyki, które teoretycznie są najważniejszym obiektem każdego ze zdjęć. Nauczycielka postanowiła podzielić się z badaczami swoim odkryciem i wstawiła informację o “Hanny’s Voorwerp” (po niderlandzku to “Rzecz Hanny”; taką nazwę obiekt otrzymał z czasem) na forum, gdzie astronomowie rozpoczęli zastanawiać się nad tym, co to takiego w sumie ma być.
W pierwszej kolejności naukowcy spróbowali określić, w jakiej właściwie odległości od Ziemi znajduje się tajemniczy obiekt, czy mamy do czynienia z “plamą” w obrębie Drogi Mlecznej, czy też z obiektem znacznie bardziej oddalonym. Na zdjęciu plama znajduje się blisko galaktyki IC 2497, która oddalona jest od nas o ok. 700 milionów lat świetlnych, i rzeczywiście - nie tylko wizualnie oba obiekty sąsiadują z sobą, ale - jak się okazało po dokładniejszych badaniach - znajdują się w niewielkiej odległości od siebie, liczonej, ze względu na nieokreślony błąd pomiarowy, na ok. 100 tysięcy lat świetlnych. Po rozwiązaniu tego zadania pojawiło się trudniejsze - o ile wszystko wskazuje na to, że “plama” to ogromna chmura zjonizowanego tlenu (dlatego odbieramy jej świecenie w barwie zielonej), wielkości, wzdłuż większej osi, ok. 65 tysięcy lat świetlnych, z ogromną “pustką” w środku o średnicy ok. 16 tysięcy lat świetlnych - nieuniknione było pojawienie się pytania: dlaczego w ogóle ta chmura świeci?
Astronomowie zaprzęgli więc rentgenowskiego satelitę Swift do zbadania okolicy “Hanny’s Voorwerp” w poszukiwaniu silnych źródeł rentgenowskich, gdyż to właśnie promieniowanie najszybciej mogłoby doprowadzić chmurę do świecenia. Nie znaleźli jednak niczego takiego w pobliżu, skoncentrowali się więc na innym podejściu, które - na ten moment - wydaje się najbardziej prawdopodobne.
Jeśli dalsze badania - a w 2009 roku chmurze ma przyjrzeć się dokładnie nawet sam teleskop Hubble’a, poświęcając mu kilka godzin wnikliwej obserwacji - nie zmienią diametrialnie dotychczasowych ustaleń, to wszystko wskazuje na to, iż Hanny odkryła zupełnie nowy rodzaj obiektów kosmicznych. Chmura, w której temperatura gazu musi oscylować wokół niesamowitych 10 tysięcy stopni Celsjusza, najprawdopodobniej świeci światłem reemitowanym po przyjęciu olbrzymiej dawki promieniowania z pobliskiej galaktyki IC 2497. Ponieważ jednak galaktyka nie wygląda na zbyt aktywną nie wydaje się, by taka, jaką ją widzimy, mogła spowodować podobnie intensywne świecenie obiektu odległego o ok. 100 tysięcy lat świetlnych. Ponieważ promieniowanie musiało pokonać daleką drogę do chmury, przed 100 tysiącami lat najprawdopodobniej w centrum galaktyki “szalał” jeszcze dziarsko kwazar, który niewiele później przygasł i zamarł na zawsze. Kwazary to najbardziej energetyczne obiekty we Wszechświecie, bardzo aktywne jądra galaktyk, w których supermasywna czarna dziura pożera łapczywie materię ze swej okolicy, tym samym wypromieniowując niewyobrażalne ilości energii (dlatego też kwazary to najodleglejsze obiekty, które jesteśmy w stanie zaobserwować w świetle widzialnym).
Chmura nadal świeci pod wpływem promieniowania, które otrzymała przed stoma tysiącami lat w “prezencie” od aktywnej galaktyki. Po raz pierwszy zaobserwowano takiego typu obiekt, który może w trakcie dalszych obserwacji pozwolić naukowcom na poznanie schyłkowych dni życia kwazara, co tym bardziej pociąga astronomów, iż kwazary w “lokalnym” Wszechświecie (a więc względnie blisko nas) stanowią zjawiska względnie rzadkie. Nie można jednak wykluczyć innych możliwości - może w centrum galaktyki IC 2497 tkwi ciągle kwazar (niewidoczny ze względu na przysłaniające go chmury pyłowo-gazowe) lub też źródło świecenia jest inne. Nieważne jednak w jaki sposób ta ciekawa historia się zakończy - z pewnością Hanny van Arkel nie spodziewała się, że będzie na ustach astronomów i miłośników astronomii…
Zdjęcie: “Hanny’s Voorwerp” w całej krasie
Credit: SDSS
Opublikowany w kategorii ASTROFIZYKA, GALAKTYKI, NAUKA, WYDARZENIA
37 komentarzy »
Najświeższe komentarze