Bo praoceany były za słone

3 sierpień 2009

Każdego dnia od jakiegoś czasu próbowałem mozolnie wygospodarować kilka dłuższych chwil na na stworzenie nowego wpisu, jednak, jak to zwykle bywa, wysiłki te nie przyniosły spodziewanych rezultatów. W końcu jednak dogodny moment znaleźć się musiał (i się znalazł) – tym razem jednak proponuję dość niezwykłą jak na mojego bloga tematykę, z “kosmicznością” nie związaną w sumie ani trochę. Powody takiego wyskoku są w zasadzie dwa – po pierwsze nastał chyba na dobre sezon ogórkowy i całe rzesze astrofizyków i astronomów wszelakiej maści wybrały się na wyczekiwane długo urlopy, po drugie zagadnienie prezentowane poniżej, mimo że nie jest związane z Kosmosem jako takim, od dłuższego już czasu leży również w polu moich zainteresowań.

Do rzeczy więc – dziś będzie o ewolucji życia na naszej planecie. Od razu zastrzegam, zanim przejdę dalej, że moja wiedza w tej dziedzinie jest nieporównywalnie wątlejsza, niż ma to miejsce w przypadku astrofizyki (gdzie i tak w sumie wygląda to kiepsko), z tego względu z góry przepraszam wrażliwych za możliwe przeinaczenia i błędy. Formalności mamy za sobą – czas przejść do zaiste interesującego zagadnienia, jakim jest kwestia miejsca, w którym powstały pierwsze organizmy wielokomórkowe.

Nasza wiedza o prapoczątkach życia jest bardzo mętna – wiemy co prawda już co nieco o warunkach, jakie się z tym wiązały, nikt jednak nie potrafił dotąd wyjaśnić, w jaki sposób życie powstało. Popularna w niektórych kręgach jest teoria mówiąca, że “zarodniki” życia dotarły do Ziemi “na pokładzie” komet (ostatnio czytałem też frapujący artykuł o tym, że zarodniki takie dotarły do młodej Ziemi jako “pozostałości” umierającego niedaleko Słońca układu gwiazdowego, niestety link gdzieś mi zaginął), jednak nie jest to szeroko akceptowane podejście – większość naukowców, jak mi się zdaje, przychyla się do opinii, że z materii niożywionej, w praoceanach, w których istniała specyficzna mieszanka związków chemicznych zwanych “pierwotną zupą”, wykształciły się cząsteczki organiczne o rosnącym stopniu skomplikowania, by w końcu stworzyć coś, co możemy określić “życiem”. Nie mam zamiaru z tym polemizować – ciekawe jednak jest to, że mimo doświadczeń nikomu tak naprawdę nie udało się powtórzyć tego “eksperymentu”. Hipoteza pozostaje więc hipotezą.

Generalnie jednak praoceany uważane są za kolebkę życia. Załóżmy, że tak sprawy się miały w rzeczywistości, jednak mówimy tutaj o najprostszych organizmach, jednokomórkowcach, które następnie przez miliardy lat niepodzielnie rządziły naszą planetą. Dopiero bowiem “zaledwie” kilkaset milionów lat temu ewolucja przyspieszyła niewspółmiernie – po miliardach lat względnej stagnacji pojawiły się na Ziemi pierwsze stworzenia wielokomórkowe. Mówimy tutaj o ediakarze – epoce geologicznej, która trwała od mniej więcej 635 do 542 milionów lat temu.

W wykopaliskach z tego okresu znaleziono pierwsze ślady zwierząt wielokomórkowych. I choć prawdziwa eksplozja życia nastąpiła w kolejnej epoce, kambrze, ediakar jako taki ma kolosalne znaczenie dla ewolucji życia na Ziemi. Ponieważ zgodnie z wspomnianą wyżej hipotezą zakładamy, że pierwsze organizmy powstały w praoceanach, nieodległa temu jest również hipoteza, że tak samo było w przypadku wielokomórkowców. Czy jednak na pewno?

Thomas Bristow to naukowiec z University of California (Riverside, USA). Wraz z kolegami ze swej uczelni opublikował niedawno w fachowym piśmie “Proceedings of the National Academy of Sciences” artykuł naukowy, w którym sugeruje, iż pierwsze wielokomórkowce powstały nie w praoceanach, a w śródlądowych zbiornikach wodnych (jeziorach). W jaki sposób doszedło do takiego wniosku?

Otóż Bristow i koledzy grzebali sobie w warstwach kopalnych formacji Doushantuo, datowanych an ok. 600 mln lat wstecz, znajdujących się w południowych Chinach. W trakcie tego radosnego grzebania naukowcy specjalną uwagą obdarzyli minerały, występujące w tych warstwach. Ku zaskoczeniu badaczy ich skład chemiczny wydaje się nie do końca pasować do przypuszczalnego składu ówczesnych praoceanów – odkryli bowiem minerał o przyciężkawej nazwie: montmorillonit magnezowy (saponit), minerał z grupy krzemianów, wraz z produktami jego “twardnięcia”. Kłopot w tym, że minerał ten zazwyczaj powstaje w warunkach, które nie są do pogodzenia ze składem praoceanów – o ile uważamy, że praoceany były bardzo słone, o tyle mont…, ech, saponit powstaje przy wartości pH równej 9,0 lub nawet większej, a więc przy dużej zasadowości (zbliżonej do zasadowości dobrze nam znanego mydełka).

Dodatkowo minerał ten nie jest równomiernie rozmieszczony w badanych pokładach, czego spodziewać by się można po jego zawartości w praoceanie – pojawia się tylko miejscami, co sugeruje odseparowanie jego skupisk z jakiegoś względu. Przy założeniu, że w prehistorii Ziemi minerały powstawały w podobny sposób jak ma to miejsce dzisiaj, niedaleko stąd do stwierdzenia, że saponit powstawał w oddzielonych od siebie, względnie niewielkich, zbiornikach wodnych.

Sugestia Bristowa i jego drużyny wydaje się być całkiem logiczna – praoceany zgodnie z naszą wiedzą były potwornie słone, tym samym tlen jako taki rozpuszczał się w nich dość kiepsko. Z tego między innymi względu miejsce to wydawać się może raczej niedogodnym miejscem dla powstania wielokomórkowców. Jednak prawdziwie fascynującym wnioskiem, płynącym automatycznie z tego założenia jest coś innego – skoro mówimy o odizolowanych zbiornikach wodnych, w których powstawało życie, nie można wykluczyć, że ewolucja przebiegała w nich w zupełnie inny sposób i zbiorniki takie owocowały niepowiązanymi ze sobą, kształtującymi się osobno, formami życia! Bristow, mimo takiej sugestii, podchodzi jednak do sprawy jak przysłowiowy pies do jeża – zastrzega, że aby wykazać coś takiego trzeba jeszcze sporo dalszych badań.

Dotąd zakładano, że życie ewoluowało w praoceanach, skąd dopiero po dłuuugim czasie przedostało się na ląd i w końcu do izolowanych mórz i jezior. O ile w przypadku prawdziwych prapoczątków wydaje się to mocno prawdopodobne, praca Bristowa rzuca nowe światło na kwestię powstania wielokomórkowych stworzeń – kolejność zasiedlania zostaje postawiona na głowie. Czy badacze mają rację, okaże się oczywiście dopiero z czasem.

Praca naukowa Bristowa i kolegów

Źródła:

Link 1

Link 2

Grafika: Dziwne “kuleczki” na zdjęciu powyżej to, jak się uważa, najstarsze ze znanych embrionów wielokomórkowców, znalezione w formacji Doushantuo

Źródło zdjęcia

Credit: Prof. Shuhai Xiao (Virginia Tech University)

Armageddon na wspak

21 marzec 2008

Jeśli ktoś z was oglądał wiekopomne arcydzieło kinematografii “Armageddon” (zapomnijmy na chwilę o nieskończonym łańcuchu bzdur, jakie ten film beztrosko demonstruje), kojarzy pewnie pojęcie “meteoryt” z czymś niebezpiecznym i groźnym dla nas samych, a nawet dla całej planety. I nie ma w tym zbyt wielkiej przesady – choć nie jest to do końca udowodnione, głośna swego czasu teoria o masowym wymieraniu dinozaurów przed 65 milionami lat (choć to przecież tylko jedno z pięciu takich wymierań życia w historii Ziemi) wiążąca je z uderzeniem wielkiego meteorytu w Rejonie Zatoki Meksykańskiej to tylko jeden z przykładów zagrożeń, jakie niosą ze sobą nieproszeni goście z przestrzeni kosmicznej. Równie dobrze przecież nawet w tej chwili ku Ziemi może zmierzać wielki kawał skały,o którym nawet jeszcze nie wiemy, że niesie zagładę. Jednak co powiecie na tezę odmienną – że meteoryty mogą mieć pozytywne skutki dla życia?

Taką, mocno kontrowersyjną teorię, stworzyli właśnie wspólnymi siłami naukowcy z Københavns Universitet (Kopenhaga, Dania) oraz Lunds Universitet (Lund, Szwecja). Przypuszczają oni bowiem, że w trakcie ordowiku (490 do 440 milionów lat temu) doszło do prawdziwie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, koszmarnego fenomenu – w krótkim czasie na Ziemię spadło wówczas ponad 100 sporej wielkości meteorytów. I o ile zazwyczaj kojarzy się takie zdarzenie automatycznie z wielką katastrofą, zdaniem skandynawskich uczonych w tym przypadku stało się wręcz odwrotnie -upadek tak wielkiej ilości dużych obiektów na Ziemię spowodował, że w oceanach (gdzie wówczas egzystowało życie) w gwałtowny sposób pojawiły się nowe formy życia i doszło do znacznego zwiększenia bioróżnorodności gatunków.

Analizy komputerowe, próbkowanie chemiczne meteorytów, badania skamielin z epoki oraz badania kraterów uderzeniowych (między innymi dużego krateru Lockne w północnej Szwecji, o średnicy 7,5 km) doprowadziły naukowców do tak zastanawiających wniosków. Co prawda przyznają oni, że obecnie ich badania ograniczyły się z konieczności do rejonu Morza Bałtyckiego i właśnie co do niego wysuwają takie właśnie podejrzenia, jednak udało im się już również potwierdzić, iż pewien znaleziony w Chinach meteoryt posiada dokładnie taki sam skład chemiczny jak te badane przez nich w Szwecji, co może pozwolić na ekstrapolację teorii na poziom globalny (będą w tym celu prowadzić również dalsze badania w Chinach właśnie oraz w USA). Jednak póki co w rejonie prehistorycznego Bałtyku naukowcy zakładają, że prawdziwy “deszcz” dużych meteorytów spowodował (nie negując negatywnych skutków uderzeń) pojawienie się w tym regionie w gwałtowny sposób nowych gatunków fauny, natomiast istniejące znacznie się wzbogaciły i zróżnicowały.

Czy skandynawscy uczeni mają rację, pokaże dopiero czas. Jednak teoria jest bardzo interesująca, nawet jeśli początkowo trudno w nią naprawdę uwierzyć – skłania bowiem do przekonania, że zjawiska w naturze jak zwykle posiadają dwie strony medalu – i błędem jest koncentrowanie się tylko na jednej z nich.

Źródło
Zdjęcie: Krater Lockne obecnie
Źródło zdjęcia
Credit: Micke Sundberg, Syre Reklamebyrå
 

Fałszywe śpiewy

29 luty 2008

Kto nie lubi choć trochę śpiewu ptaków (no, może poza bezlitosnymi zgrzytami co poniektórych papug)? Wystarczy przy ładnej pogodzie wejść w głąb naszego dobrego, polskiego lasu, najlepiej wiosną czy latem, zatrzymać się na chwilę i wsłuchiwać się w najróżniejsze dźwięki, dobywające się z wielu stron, z drzew. Trudno o bardziej relaksujący kontakt z naturą, jak mi się zdaje.

Wyobraźmy więc sobie, że ten śpiew zmienia się, lub zanika całkiem, i to z naszej, wyłącznie naszej winy. Przerażające? Jak się okazuje, nie jest to wcale tak fantazyjny wymysł, jakby mogło wydawać się na pierwszy rzut oka. Okazuje się bowiem, że nasza cywilizacja poprzez nieustanne zanieczyszczanie środowiska, może mieć negatywny wpływ nawet na tak, zdawałoby się, autonomiczne cechy zwierząt.Grupa naukowców pod kierownictwem Katherine Buchanan z Cardiff University (Cardiff, Wielka Brytania) natrafiła na trop takiego związku, obserwując i badając samce europejskich szpaków (Stumus Vulgaris), odżywiających się dżdżownicami w obszarze pewnej oczyszczalni wody na południu Wielkiej Brytanii. Trzeba zaznaczyć tutaj, że osobne badanie robali dowiodło, iż wiele z nich było zanieczyszczonych chemikaliami zbliżonymi do estrogenu, hormonu płciowego, odpowiedzialnego między innymi za charakterystykę płciową danej istoty żywej. Samce szpaków, które pożywiały się zanieczyszczonymi robakami, wykazywały wyraźne zmiany w swym zachowaniu oraz strukturze mózgu, szczególnie w ośrodku odpowiedzialnym za złożoność zaśpiewów ptaków. I co się okazało?

Otóż szpaki śpiewały w odmienny, niż ma to miejsce w przypadku ich pobratymców w innych regionach, sposób – zaśpiewy były bardziej kompleksowe, co – uwaga – wyraźnie bardziej odpowiadało samiczkom, do których te śpiewy były skierowane. Co ważne, region mózgu odpowiedzialny za skomplikowanie śpiewu okazuje się być wyraźnie czuły na działanie wspomnianego estrogenu. Przypadek?

Można by oczywiście zapytać, jaki tutaj jest w zasadzie problem – przecież dla samców była to korzystna zmiana, skoro więcej partnerek miało z nimi ochotę na “poważniejszy” związek. Jednak to tylko jedna strona medalu – te same zwierzęta wykazywały również znaczne osłabienie układu immunologicznego, wywołane przez spożywanie zatrutych robaków. Więc nie do końca im pewnie do śmiechu.

Jednak dla mnie to nawet nie jest sednem sprawy – czy zmiana śpiewu ptaka ma dla niego pozytywne, czy negatywne skutki – bardziej przeraża mnie myśl, jaki jeszcze wykryjemy wpływ na otaczające nas środowisko: zmieniamy sposób, w jaki ptaki świergocą, co będzie następne? Osobiście wolałbym, by te rzeczy się nie zmieniały…

Źródło
Zdjęcie: Szpak (Stumus vulgaris)
Źródło zdjęcia
Credit: GNU Public License / CC
 

Niebieskooka rodzina

31 styczeń 2008

Kolor oczu to cecha może nie najważniejsza, dla wielu jednak ludzie o względnie rzadkiej barwie tęczówki, takiej jak zielona lub niebieska, mają niesłabnący magnetyzm i często silnie wpływają na postrzeganie urody takiej osoby. Jak wynika z najnowszych badań, przeprowadzonych przez naukowców z Københavns Universitet w Kopenhadze (Dania), wszyscy żyjący obecnie ludzie o niebieskich oczach posiadają najprawdopodobniej jednego wspólnego przodka, a źródło niezwykłej barwy upatrywane w mutacji genetycznej sprzed 6 do 10 tysięcy lat.

Jak uważają duńscy naukowcy, pierwotnie wszyscy ludzie mieli oczy o barwie brązowej. Bez wnikania głębiej w skomplikowane szczegóły – pewien gen, o nazwie OCA2, koduje białko, które zamieszane jest w produkcję melaniny, pigmentu odpowiedzialnego za barwę naszych oczu, skóry i włosów. W sytuacji, którą sugerują naukowcy, gen ten jest częściowo wyłączany, co powoduje, iż produkcja melaniny w tęczówce jest ograniczana – efektem jest “rozwodnienie” brązu i pojawienie się barwy niebieskiej. Nie jest to jednak – co ważne – zupełnie wykluczenie działania genu OCA2: gdy zachodzi taki proces, pojawia się przypadłość zwana albinizmem, czyli osobnicy ludzcy, u których melanina nie pojawia się zupełnie ani w oczach, ani w skórze, ani też we włosach.

Na tej samej w sumie zasadzie można dostarczyć wyjaśnienia dla obecności ludzi z tak pożądanymi oczami w kolorze zielonym. Jednakże wszyscy osobnicy niebieskoocy posiadają dodatkowo bardzo zbliżoną ilość melaniny w tęczówce – pozwoliło to duńskim biologom wysnuć przypuszczenie, że każdy z nich pochodzi od tego samego, jednego przodka, gdyż “przełącznik” odpowiedzialny za mutację genu OCA2 pojawia się u wszystkich w tym samym miejscu łańcucha DNA, nieważne, czy naukowcy wzięli pod lupę osoby pochodzące z tak różnych krajów, jak Jordania, Dania czy Turcja.

Źródło
Zdjęcie: No ładnie to wygląda, fakt…
Źródło zdjęcia
GNU License
 

Kwanty, zderzenia, kwarki – przyciężkawe to przyznam tematy, przy których koń się nawet nie uśmieje. Dlatego czasem warto napisać o czymś lżejszym.

Uniwersytet Cambridge to instytucja-legenda. Tyle ile tam kwitnie geniuszy naukowych, trudno to zliczyć, a i prace badawcze stoją na wysokim poziomie. Wprawdzie to, o czym chcę teraz napisać, to ani żart, ani też bzdetne banialuki, jednak informacja w jakiś dziwny sposób mnie rozbawiła… Otóż wspomniani naukowcy podczas eksperymentów z biednymi myszkami zaobserwowali, iż ogolone samice myszy dają więcej mleka niż te nieogolone. Wzrost wydajności (że tak to brzydko określę) jest całkiem spory, gdyż wynosi ok. 15 %. Efektem takiej nadprodukcji jest jednocześnie fakt, iż młode myszki, wychowywane przez taką supermamę, również są większe o ten współczynnik od współbraci wychowywanych przez matkę nieogoloną. A powodem takich cudów jest, jak stwierdzili Anglicy, lepsze chłodzenie organizmu samiczki.

Naukowcy poszukiwali czynników, które mogą ograniczać produkcję mleka przez samice. Ich zdaniem czynnikiem decydującym jest właśnie chłodzenie i wydalanie ciepła, które powstaje podczas trawienia pokarmu i produkcji mleka, a które musi zostać wydalone, by myszka się nie przegrzała. Energia, która musi zostać odprowadzona, ogranicza w decydujący sposób energię, która może zostać przyjęta. Hmmm, bardzo oryginalna myśl.

I – proszę – nie podejrzewać mnie o jakieś skojarzenia, broń mnie przed tym Boże!

Źródło
Zdjęcie: Mysz (ale nieogolona!)
Źródło zdjęcia
Image by National Institutes Of Health, USA