Koszmarna niktotyna

5 luty 2008

Może to wyglądać pewnie na trochę maniakalny upór, żeby wracać do tematu, jednak ze względu na to, iż jestem – niestety – nałogowym palaczem, tematy związane z tytoniem interesują mnie w jakiś szczególny sposób. Może to jakiś rodzaj masochistycznej udręki, kiedy piszę o szkodliwości, i tak oczywistej, palenia i jednocześnie nie potrafię tego rzucić?Nie tak dawno pisałem o tym, jak szkodliwe jest palenie skromnych “blantów” w porównaniu z papierosami. Żeby jednak nie było tak różowo (że też papierosy tak zdrowe), chciałbym napisać coś dla przeciwwagi – badania przeprowadzone przez Naresha Punjabi z John Hopkins University (Baltimore, USA) na próbce 80 osób wykazały jednoznacznie, że palenie papierosów w żadnym wypadku nie wpływa dobrze na jakość snu.

Punjabi przebadał 80 osób, palaczy i niepalących, rejestrując ich fazy snu a następnie przeprowadzając wywiady dotyczące ich subiektywnych wrażeń co do jego jakości. Rejestracja danych obejmowała różnorodne dane, takie jak ciśnienie krwi, aktywność mięśni i oczu, EKG, oraz rzecz jasna - EEG (elektroencefalogram), czyli pomiar aktywności poszczególnych regionów mózgu. Właśnie badanie EEG wykazało, że osoby palące nałogowo w czasie snu mają znacznie krótsze fazy, w których pojawiają się tzw. fale delta, przedstawiające przebieg snu głębokiego. Odmiennie w stosunku do niepalących więcej było faz z falami alfa, które symbolizują płytki sen lub nawet rozluźnione leżenie z zamkniętymi oczami. I faktycznie – wywiad z badanymi potwierdził, że ponad 20 % palaczy oceniło swój sen niezadowalająco (spali niewiele lub kiepsko), natomiast wśród niepalących do tego samego przyznało się tylko 5 % osób.

Winę za to ponosi prawdopodobnie stymulujące działanie nikotyny, która utrudnia na początku zasypiania przejście do głębokiego snu. Badanie EEG podpiera tą tezę sugerując, że aktywność mózgowa palaczy w trakcie snu odróżnia się wyraźnie od tej niepalących. O niespokojny sen późną nocą można natomiast obwiniać głód nikotyny, który pojawia się po pewnym czasie od ostatniego papierosa.

Wyniki badań wprawdzie nie zaskoczyły mnie za bardzo – mam od jakiegoś czasu problemy ze snem, których nijak nie mogę przyporządkować jakimś zmartwieniom czy stresowi, których zwyczajnie nie mam od długiego czasu – jednak naukowe potwierdzenie zawsze jest lepsze.

Źródło
 

Śmierdząca maryśka

1 luty 2008

Póki co ankieta (obok) wskazuje na umiarkowany entuzjazm czytelników odnośnie “odskoków” treściowych od głównej tematyki bloga. Zachwyconych jest niewielu, ale i bezgranicznie zdegustowanych jeszcze mniej, więc – jak zapowiadałem, co jakiś czas pojawi się coś w ramach “odskoczni”, jak też i teraz się staje.

Nałogowe palenie papierosów to coś niezbyt zdrowego, delikatnie mówiąc, wie o tym każdy, kto po przebiegnięciu kilkunastu metrów spuchnięty, na bezdechu i bliski palpitacji serca zarzeka się, że już koniec z tym świństwem. Wiem o tym niestety i ja, nie jest to powód do dumy, ale cóż… Jednak, na pocieszenie dla biednych palaczy, okazuje się, że istnieją większe paskudztwa tego rodzaju – tak uwielbiany przez wielu mały skręt z nielegalną (w naszym kraju) zawartością podobno jest dwudziestokrotnie bardziej rakotwórczy niż papieros, inaczej mówiąc niewinny joint to równowartość całej paki fajek. Takie domysły snują naukowcy z Nowej Zelandii, którzy opublikowali wyniki swoich badań w “European Respiratory Journal” (Tom 31, Nr. 2).Podczas swoich badań naukowcy poddali obserwacji pacjentów z rakiem płuc w wieku poniżej 55 lat i porównania z grupą kontrolną liczącą 324 pacjentów. W ramach dokładnych wywiadów nowozelandcy pacjenci opowiadali o swoich przyzwyczajeniach związanych z paleniem papierosów, historii chorób swej rodziny oraz zawodzie. Dodatkowo podawali również informacje co do konsumpcji mocnych trunków i marihuany. W grupie ze sporym “zużyciem” trawki (1 skręt dziennie w ciągu 10 lat lub 2 skręty dziennie w ciągu 5 lat, to rzeczywiście niezłe osiągi) ryzyko zachorowania na raka płuc wzrastało aż 5,7 razy w stosunku do pozostałych, mniej “zabawowych” chorych. Dodatkowo – wykazały to inne badania – dym marihuany zawiera również 20 razy tyle szkodliwego amoniaku w porównaniu do papierosa, 3 do 4 razy więcej tlenków azotu.

Szczęśliwym trafem moja osobista konsumpcja używek “zbliżonych” (lub jak to ująć inaczej…) do marihuany nigdy nie sięgała tak niebotycznych poziomów, jak w przypadku opisywanych pacjentów. Wyniki jednak nie nastrajają najlepiej – wszystko, co “dobre”, jest szkodliwe, taka smutna prawda. I czym umilać sobie życie, skoro papierosy-śmierdziuchy i tak są niezwykle szkodliwe, a uprzyjemniający dzień dymek wydobywający się ze skręta jeszcze bardziej?

Źródło
Zdjęcie: No jak myślicie, co to?:)
Źródło grafiki
Credit: DEA
 

Kosztowna promocja

4 styczeń 2008

Nie tylko Kosmosem człek żyje – czasem trzeba spojrzeć w inną stronę, by znaleźć ciekawe wieści. Wprawdzie staram się za bardzo nie rozmywać zasadniczej tematyki tego bloga, jakim jest wszystko, co ma związek z gwiazdami, kwarkami i tym podobnymi dziwactwami, niekiedy jednak myślę warto wspomnieć o czymś również ciekawym, bardziej odległym od tej tematyki. Gdyby takie innowacje jednak nie były wskazane, proszę o naganę w komentarzach.

Tym razem sięgnąłbym do medycyny, a właściwie do potężnego przemysłu, jakim jest farmaceutyka. W wydaniu online PLoS Medicine (części Public Library of Science) ukazała się interesująca praca naukowców z York University w Toronto, Marca-Andre Gagnon oraz Joela Lexchin, dotycząca relacji pomiędzy wydatkami reklamowymi a wydatkami na badania, jakie ponoszą amerykańskie koncerny farmaceutyczne. Wynik – choć pewnie przez wielu oczekiwany – przerasta jak sądzę te oczekiwania: okazuje się bowiem, że w badanym roku 2004 amerykańscy giganci wydali ponad dwukrotnie więcej funduszy na reklamowanie swoich produktów niż na prace badawcze nad nowymi rozwiązaniami. O ile na badania wydano potężną sumę 31,5 miliarda dolarów, to na działania marketingowe wydano o wiele więcej, bo ok. 57,5 miliarda.

Problem ten od wielu lat jest charakterystyczny dla firm farmaceutycznych – chyba nie ma nikogo, kto w mediach nie spotkał się z zalewem reklam leków (choć w USA jest to znacznie intensywniejszy proceder), jednak środki, do jakich sięgają marketingowcy koncernów, mają znacznie szerszy wachlarz: bezpłatne próbki leków, “odwiedziny” u lekarzy, naloty agentów w aptekach z niezliczonymi, czasem kosztownymi “upominkami” czy wspieranie promocji leków na seminariach naukowych. Dodatkową informacją, jaką podają naukowcy z Kanady jest fakt, iż opierali się w swych obliczeniach na danych dwóch firm marketingowych oraz National Science Foundation, co – w oczach naukowców – prawdopodobnie i tak nie ujmuje całej skali problemu, więc prawdziwe wydatki na marketing bywają znacznie wyższe.

W sytuacji, gdy “leki dla biednych”, na których koncerny farmaceutyczne nie mogą zbyt wiele zarobić (a ich opracowanie to ogromne nakłady), w oczywisty sposób nie zachęcają firm do inwestowania w badania, wydaje się zrozumiałe, że korzystniej inwestować w promocję leków już gotowych, a i sprzedawanych za odpowiednie pieniądze. Zastanawia jednak to, że firmy, w rękach których – być może – już niedługo mogłyby znaleźć się lekarstwa na dręczące cywilizację choroby, wolą wydawać ogromne kwoty na reklamę…

Źródło
 

Takie motto, mimo że traktowane powinno być raczej ostrożnie, ma, jak się okazuje mocne podstawy eksperymentalne. W wielce szacownym czasopiśmie Nature ukazał się artykuł, wedle którego środki antydeprysyjne generują w organiźmie mechanizmy, wydłużające czas życia organizmu.

Zmniejszanie dopływu kalorii to znany i pewny sposób na przedłużenie życia każdego organizmu, niezależnie, czy mówimy tutaj o drożdżach czy też o myszy. Badania związane z antydepresantami dowodzą natomiast, że niektóre z tych leków potrafią oszukiwać mózg, “wmawiając” mu, iż zwierzątko jest na ciężkiej diecie i przymiera głodem (mimo zwyczajnego przyjmowania pokarmu), co pozwala na przedłużenie – wydatne – czasu życia. Dokładniej badano ten efekt na robakach – i kiedy ten efekt przedłużenia ekstrapolujemy (teoretycznie) na ludzi robi to naprawdę wrażenie – mówimy tutaj o wydłużeniu czasu życia robali ze standardowych trzech do więcej niż czterech tygodni.

Nie jest to rozwiązanie, które można nazwać eliksirem nieśmiertelności, to prawda, jednak takie biochemiczne majsterkowanie może stworzyć podwaliny dla leków, które będą docelowo mogły zapobiegać pojawianiu się chorób związanych z zaawansowanym wiekiem, jak konkluduje prowadząca grupę badaczy z Fred Hutchinson Cancer Research Center w Seattle (USA) Linda Buck, biolog molekularny. Lek, który działa w opisany wyżej sposób (Tolvon), jest zwyczajnym antydepresantem, zbliżonym do wielu innych, znanych szerzej leków, takich jak Prozac, Paxil czy Zoloft. Lek ten utrudnia odpowiedź mózgu na serotoninę, neuroprzekaźnik, który zaangażowany jest w mechanizmy regulacji apetytu i nastroju.

Robalem, na którego padł wybór, był nicień (Caenorhabditis elegans), który już od wielu lat wykorzystywany jest do badań naukowych, mających na celu zrozumienie procesów postarzających ludzkie organizmy.

Naukowcy dopiero rozpoczęli odkrywać leki, które spowalniają starzenie. Można sobie wyobrazić ogrom pracy grupy naukowców pod kierownictwem pani Buck – razem z kolegami przetestowali prawie 90 tysięcy związków chemicznych, sprawdzając, czy któreś z nich obrócą robala w prawdziwego Abrahama. Po pięciu latach poszukiwań znaleźli ponad 100 kandydatów do tej roli. Problem jednak wynikał z faktu, że co prawda związki przedłużały życie robala, co jednak innego z nim jeszcze robiły, nie bardzo było wiadomo. Dlatego też naukowcy spróbowali innego podejścia – porównano tą grupę związków z lekami dobrze znanymi, by znaleźć podobieństwa.

Niespodziewanie taka taktyka okazała się owocna. Odkryty związek (składnik Tolvonu) wchodzi w interakcje z dwoma związkami w mózgu: serotoniną, która sygnalizuje obecność pokarmu, oraz oktopaminą, która sygnalizuje głód. Lek nie powodował, że robaki objadały się w mniejszym stopniu niż zazwyczaj, co oznacza, iż wydłużenie życia nie wynikało z mniejszej kaloryczności pokarmu. Jak powiada Buck: “Robale nie wyglądały na przymierające głodem, a nawet były względnie aktywne”. Jednak w założeniach naukowcy przypuszczają, że działanie leku jest podobne właśnie do zmniejszenia kaloryczności w swoim efekcie – ciekawe spostrzeżenie to to, iż robale na ścisłej diecie, traktowane lekiem, wcale nie żyły dłużej.

Odkrycie leków, które pozwalają robakom na długi żywot, jest pierwszym, ważnym krokiem w kierunku podobnych specyfików dla ludzi. Trzeba jednak pamiętać – i przed tym przestrzega też Buck – że działanie leku na robaki nie jest równoznaczne z takim samym efektem u ludzi. Kolejnym etapem będzie test przeprowadzany na myszach, więc do otrzymania pewnych wyników (i bezpiecznych dla ludzi) jeszcze daleka droga.

Swoją drogą właśnie – gdy wyobrażam sobie ludzi opychających się Prozac’iem czy tym podobnym świństwem, nie potrafię się nie skrzywić. Uśmiechnięci, szczęśliwi bezmyślnie ludzie, żyjący wieki? Hm…

Źródło: Petrascheck, M., et al.Nature, Tom 450. Strony 553 – 557 (2007)
 

Mózg migrenowca

20 listopad 2007

Ludzie, którzy cierpią na tą uciążliwą przypadłość, jaką jest niewątpliwie migrena, mają z pewnością powody do narzekania. Co prawda (odpukać!) mnie to jeszcze nie dotyczy, ale miewając czasem dokuczliwe bóle głowy mogę sobie wyobrazić, jaka to męka. Okazuje się, że cierpienia związane z wyniszczającymi bólami głowy przekładają się również na fizyczną odmienność mózgów chorych. Jak stwierdzili naukowcy z Massachusetts General Hospital w Bostonie (USA) pod kierownictwem dr Nouchine Hadjikhani (którzy porównali 24 osoby cierpiące na migrenę z 12 zdrowymi), część kory mózgowej związana z sensoryką jest cieńsza u migrenowców, nawet do 21%, w stosunku do osób bez tej dolegliwości.

Nie jest jasne, czy taka zmiana jest efektem czy też przyczyną uciążliwych bólów. Naukowcy zakładają jednak, że podobne zmniejszenie grubości kory mózgowej powoduje, że pacjenci są bardziej wrażliwi na ból, nie tylko migrenowy.

Wcześniejsze badania wykazywały, że grubość kory mózgowej spada w przypadku chorób typu choroby Alzheimera lub stwardnienie rozsiane. Jak się okazuje – wydaje się to najbardziej prawdopodobne – stanowi to szerszy przykład, podobnie jak w przypadku migreny, fizycznego przystosowywania się mózgu chorego do choroby.

Źródło