Spiralne ramiona ocieplenia
30 czerwiec 2009
Próba ogarnięcia bezmiaru publikacji prasowych, programów telewizyjnych i artykułów prasowych, których lejtmotywem jest jakże kontrowersyjny, niezwykle złożony proces szufladkowany pod pojedynczym pojęciem “globalnego ocieplenia”, skazana jest z pewnością na niepowodzenie. Mimo tak wielu czasem frapujących a niekiedy bardzo emocjonalnych wypowiedzi nie przybliżyliśmy się tak naprawdę do zrozumienia tego, co rzeczywiście dzieje się na naszej planecie i – co bardzo istotne – dlaczego dzieje się właśnie tak a nie inaczej. Każdy z nas ma zapewne swoje własne mniemanie w tej kwestii – spektrum opinii obejmuje zupełne skrajności, od zrelaksowanych “luzaków”, uważających wszelkie wzmianki o globalnej zmianie klimatu za beznadziejne brednie, po paranoicznych panikarzy, przewidujących rychłą zagładę Ziemi.
Jak jest naprawdę? Nie przywłaszczam sobie prawa do wmawiania Wam czegokolwiek, jednak pozwolę sobie na małą sugestię – człek posiadający funkcjonujące poprawnie oczy i uszy musi choćby mimowolnie wiązać ze sobą pewne niepokojące sygnały, docierające niemal zewsząd, z każdego zakątka naszej planety, w, jak się zdaje, jedną logiczną całość - jakieś gwałtowne zmiany współcześnie zachodzą i niekoniecznie zmiany te podążają we właściwym kierunku. Inna sprawa, że nikt nie potrafi udowodnić, dlaczego do tych zmian dochodzi – tutaj panuje jak dotąd swoboda interpretacji.
Pretendentów do tytułu “wielkiego objaśniacza” pojawiało się i pojawia sporo – każdy niemal z nich uważa, że posiada monopol na wiedzę i sądzi, że jego właśnie interpretacja przyczyn globalnego ocieplenia jest kluczową dla zrozumienia zachodzących na naszej planecie procesów. Nie będzie niespodzianką, że znakomita większość takowych mędrców świadomie upraszcza niezwykle skomplikowane mechanizmy, kształtujące klimat Ziemi, winą za ich rozchwianie obarczając jednego jedynego oskarżonego – człowieka i jego cywilizację.Upraszczanie to co prawda nierzadko rzecz bardzo pożyteczna (inaczej nie bylibyśmy w stanie modelować bardzo zróżnicowanych zjawisk, których poziom skomplikowania znacznie przekracza nasze możliwości obliczeniowe), jednak w tym przypadku zaryzykuję stwierdzenie, że w przypadku globalnego ocieplenia się to po prostu nie sprawdza. Klimat Ziemi to niewyobrażalnie kompleksowy mechanizm, który podlega wpływowi ogromnej rzeszy czynników – czynników, z których wiele być może nawet jeszcze nie znamy.
W 2003 roku podobnym podejściem wykazali się naukowcy proponujący własną, dość egzotyczną wersję zdarzeń. Międzynarodowy zespół badaczy, kierowany przez Nira J. Shaviv (Uniwersytet Jerozolimski) oraz Jana Veizera (Ruhr Universität w Niemczech) przyjrzał się szczegółowo powiązaniu, jakie zdawało się istnieć pomiędzy globalnymi zmianami klimatu, występującymi dość regularnie co mniej więcej 140 milionów lat a okresem, w którym nasz Układ Słoneczny “zanurza” się w swej podróży wokół jądra Drogi Mlecznej w ramionach spiralnych galaktyki – wszystko to na przestrzeni ostatnich 500 milionów lat. Wyniki były rzeczywiście frapujące – praca naukowców (dostępna pod tym adresem) wykazuje, że istnieje wyraźna korelacja pomiędzy zmianami klimatu a okresem, w którym Ziemia wraz z całą planetarną rodzinką pokonywała trudy podróży przez kolejne ramiona.
W jaki jednak sposób podróż przez Galaktykę mogłaby wpływać na klimat na maleńkiej Ziemi? Jak się okazuje – i trudno tutaj wysuwać jakieś zarzuty pod kątem logiczności – w ramionach spiralnych znajduje się o wiele więcej supernowych, niż w słabiej “zasiedlonej” przestrzeni pomiędzy nimi. Częstsze i bliższe wybuchy supernowych mogły w znaczący sposób zwiększać natężenie promieniowania kosmicznego, docierającego do Ziemi – promieniowanie to następnie mogło mieć wpływ na formację chmur w atmosferze planety, zmieniając tym samym stopień, w jakim efekt cieplarniany regulował klimat planety.
Wszystko pięknie, w zasadzie trudno zarzucić coś takiemu wywodowi (szczególnie, gdy jak moja skromna osoba, ma się o tym dość blade pojęcie). Jednak teoria ta, jak się okazuje, niewiele ma wspólnego z twardą rzeczywistością – pisałem nie tak dawno o sporym “przemeblowaniu”, jakiego naukowcy dokonali na naszej biednej Galaktyce. Oskubali Drogę Mleczną z nadmiarowych ramion spiralnych, jednocześnie jednak dołożyli jej sporo masy, nie koniec jeszcze na tym – prędkość orbitalna Układu Słonecznego też niemało wzrosła – wszystko to oczywiście mocno zniekształca obliczenia, na których oparli się naukowcy proponujący omówioną powyżej teorię.
Jak się okazuje teorią naukowców z 2003 roku zainteresowali się obecnie inni badacze – Adrian Melott z Univeristy of Kansas wraz z kolegami spróbował przełożyć założenia Shaviva i Veizera na obecny stan wiedzy. Takiego wyniku ich badań można się było w sumie spodziewać – pozorna korelacja pomiędzy wędrówką Układu Słonecznego a okresowymi zmianami klimatu na Ziemi rozpadła się dokumentnie. Nawet próbując naciągać dane związane ze strukturą Galaktyki nie sposób powiązać w jakikolwiek sposób zmian z wizytami Ziemi w ramionach spiralnych.
Kolejna teoria “alternatywna”, jak się zdaje, upadła. Mam wrażenie, że nie jest to tak zła wiadomość – niwelując po kolei różnorakie wpływy “kosmiczne” spostrzeżemy być może kiedyś (byle nie za późno!), że sporo odpowiedzialności za obecne zamieszanie leży po naszej stronie.
Praca Melott’a i kolegów
Źródło:
Link 1
Link 2
Grafika: -
Źródło grafiki
Credit: www.fattiewisdom.wordpres.com
Zawinił leniwy przepływ?
18 czerwiec 2009
Jakiś czas temu bliżej nieokreślony “ktoś” (nie pytajcie kto, postępująca skleroza rządzi się swoimi prawami, było to jednak w tzw. “rzeczywistym” świecie, nie w Sieci) zadał mi na pierwszy rzut oka niezbyt skomplikowane pytanie – dlaczego Słońce jest tak niezwykle spokojne i, przez zaskakującą ufność chyba w moje wróżbiarskie zdolności, kiedy ta niepokojąco niska aktywność przemieni się w najprawdziwszą burzę. Pytanie zupełnie od rzeczy, jednak musiałem zrezygnowany rozłożyć ręce – ani na jedno, ani na drugie pytanie odpowiedzi nie znałem, na swoje usprawiedliwienie mogłem jednak z czystym sumieniem dodać, że nie byłem w tej niewiedzy odosobniony: prawdę mówiąc obie kwestie były zupełnie niejasne również dla naukowców, na których osiągnięciach poniekąd “pasożytuję”, publikując tutaj swoją radosną twórczość.
Ze względu na brak jakichkolwiek pewnych informacji wśród jajogłowych szybko wytworzyły się wrogie obozy – od skrajnych “luzaków” zapewniających, że to po prostu “trochę dłuższy niż zwykle” okres niskiej aktywności Słońca niż zazwyczaj, po którym wkrótce wszystko wróci do normalności, przez niezdecydowanych i wahających się między optymizmem i pesymizmem, po prawdziwych ponuraków, którzy wieszczyli z zaskakującą pewnością siebie, iż obecne przydługie minimum słoneczne to początek czegoś znacznie większego – wieloletniego minimum (podobnego do tzw. minimum Maundera z 17. wieku), które sprowadzi na nas same nieszczęścia, plagi egipskie oraz zlodowacenie całej planety. Choć ten zakres jest jednak, po krótkim namyśle, jeszcze niepełny: jeśli pesymistów nazwałem powyżej ponurakami, to tylko fatalistami mogę nazwać osobników, którzy przekonywali, że maszyneria słoneczna, pracująca, co trzeba przyznać, nieprzerwanie od miliardów lat, traci wigor i zaczyna się zacinać, co koniec końców doprowadzi do niewyobrażalnej katastrofy.
Brak mi elementarnej wiedzy, by tak naprawdę przyłączyć się do któregoś z tych ugrupowań – przyglądałem się dość spokojnie temu, jak sytuacja się rozwija, trzymając się dość wypośrodkowanych wizji – ani to zupełna drobnostka, ani też najprawdziwszy armagedon. W końcu jednak pojawiło się światełko w tym tunelu, które może – choć niekoniecznie musi, bo mówimy tylko o hipotezie – rozwiać gromadzące się wokół tematu od wielu miesięcy wątpliwości.
Nieraz już jak mi się zdaje pisząc o Słońcu o tym wspominałem, jednak krótko dla przypomnienia – jak niemal wszystko we Wszechświecie również nasza macierzysta gwiazda podlega pewnym okresowym zmianom swego zachowania. W przypadku Słońca mowa o tzw. cyklach słonecznych, czyli zmianach w aktywności gwiazdy, objawiających się stopniowym narastaniem zróżnicowanych zjawisk wewnątrz, na powierzchni i w dużej odległości od Słońca, by z czasem zacząć słabnąć, osiągając minimum, inaugurując tym samym rozpoczęcie całego procesu od nowa. Cykl słoneczny trwa zazwyczaj ok. 11 lat (mierząc od minimum do minimum), zdarzały się jednak cykle zarówno krótsze jak i dłuższe. W minimum słonecznym, w którym obecnie się znajdujemy, a więc przed zwiększeniem aktywności słonecznej, Słońce wygląda niezbyt ciekawie – jego powierzchnia wydaje się być bardzo jednorodna, brak bowiem na jego powierzchni plam słonecznych. I właśnie brak owych plam, trwający niezwykle długo w porównaniu z poprzednimi cyklami, tak zaniepokoił niektórych.
Frank Hill i Rachel Howe to naukowcy pracujący w amerykańskim National Solar Observatory (NSO), znajdującym się w Tucson w stanie Arizona. Para badaczy przedstawiła w ostatnich dniach wyniki swoich badań, które zdają się sugerować, iż na szczęście nie mamy zupełnie czym się przejmować i już wkrótce wszystko wróci do normy. Korzystając z dość nowatorskich rozwiązań w ramach dziedziny zwanej heliosejsmologią, w której wykorzystuje się techniką zbliżoną do tej, wykorzystywanej przez sejsmologów do badania wnętrzności naszej planety, odkryli pewną zaskakującą prawidłowość, która wydaje się mieć niebagatelny wpływ na aktywność Słońca.
Słońce to, ujmując to ekstremalnie oględnie, niewyobrażalnie wielka kula, w której od miliardów lat kotłuje się bezustannie ogromna ilość gazu. Oglądają gwiazdę z zewnątrz, nie możemy niestety zobaczyć bezpośrednio, co dzieje się we wnętrzu gwiazdy – opierając się na współczesnej wiedzy fizyczno-chemicznej możemy jednak podejrzewać, jakie procesy tam przebiegają. Heliosejsmologia otwiera tutaj zupełnie nowe możliwości – podobnie jak w przypadku Ziemi ruchy materii wewnątrz Słońca wytwarzają fale, które podróżują po całej gwieździe, wprawiają w końcu gwiazdę w wibrację, dzięki którym Słońce przypomina na swój sposób ogromniasty dzwon. Różne rodzaje tych wibracji pozwalają naukowcom wysnuwać wnioski co do tego, jak owe przepływy materii wewnątrz gwiazdy wyglądają.
Na tym pomyśle oparli swoje badania pani Howe i pan Hill – obserwując wibracje powierzchni Słońca doszli do wniosku, że jeden z tzw. “jetstream” (strumieni materii?), ogromnych przepływów gazu odbywających się pod widoczną powierzchnią gwiazdy (na głębokości od 1.000 do 7.000 km) może mieć decydujące znaczenie i wywoływać niezwykłą “apatię” Słońca. Przepływ ten nie jest naukowcom zupełnie obcy – wiemy, że rozpoczyna się w okolicach biegunów słonecznych, by tam, w ciągu długich 17 lat ruszyć w powolną podróż w stronę równika. Okazuje się jednak, że istnieje pewien krytyczny punkt w tej podróży – przepływ, zmierzając ku równikowi, posuwa się średnio o dziesięć stopni szerokości heliograficznej w ciągu dwóch lat, by w końcu osiągnąć szerokość heliograficzną o wartości 22 stopni. Kiedy przepływ ten dociera do tego miejsca, zaczyna się dziać coś, na co wszyscy obecnie czekamy: aktywność słoneczna wzrasta i pojawiają się plamy, zwiastujące rozpoczynający się na dobre nowy cykl słoneczny.
Hill i Howe odkryli, że obecny przepływ jest ogromnym leniem w porównaniu z poprzednimi – o ile wcześniejsze przemierzały odległość 10 stopni szerokości w ciągu średnio dwóch lat, ten potrzebował na takiej samej trasie aż trzy lata. Zdaniem uczonych to właśnie jest powodem, że Słońce tak długo jest spokojne – jednocześnie, dobra to wieść, przepływ ten jest już bardzo blisko wspomnianej wartości krytycznej 22 stopni – oznacza to tyle, że już wkrótce Słońce się musi obudzić i wszystko będzie przebiegało jak zwykle.
Ciekaw jestem niezmiernie, czy hipoteza uczonych rzeczywiście sprawdzi się w rzeczywistości i czy już wkrótce plamy zaczną się mnożyć na powierzchni naszej gwiazdy. Wtedy, jak to zwykle z nami ludźmi bywa, zapomnimy w mgnieniu oka o tym, że roniliśmy krokodyle łzy nad spokojnym Słońcem, rozpoczną się natomiast lamenty co do tego, dlaczego Słońce jest aż tak aktywne i dlaczego nęka nas burzami słonecznymi, demontując nasze zasilanie energetyczne i utrącając satelity. Cóż, zadowoleni nigdy do końca być nie możemy…
Źródła:
Link 1
Link 2
Link 3
Link 4
Grafika: Model komputerowy aktywności sejsmicznej Słońca
Źródło grafiki
Credit: University of Rochester
Bright side of the moon
24 styczeń 2009
Zostańmy jeszcze na moment w okolicach ziemskiego satelity, przyglądając mu się tym razem uważnie pod innym względem niż w poprzednim wpisie – zostawmy w spokoju jego wnętrzności, przyjrzymy się w zamian jego wspaniałej “twarzy”, którą dane jest nam oglądać w pełnej krasie w bezchmurne noce w czasie pełni. Twarzy, która zawsze odkąd pamiętamy wygląda dla nas tak samo.
Jak powszechnie wiadomo, wszystkie ciała niebieskie mają zwyczaj obracać się w jakimś określonym czasie wokół własnej osi, raz czyniąc to wolniej, raz szybciej. Nie inaczej jest oczywiście również z Księżycem, którego prędkość rotacji jest jednak w pewien sposób skorelowana z czasem obiegu wokół naszej planety – Księżyc obraca się wokół swej osi bowiem w dokładnie takim samym czasie, jaki potrzebuje na przebycie swej orbity wokół Ziemi (mówimy wówczas o tzw. “obrocie synchronicznym“). Dzięki temu stale zwrócony jest do nas jedną stroną i dzięki temu – choć związek z astrofizyką ma to zapewne niewielki – jeden z najdoskonalszych albumów muzycznych, jakie dane nam było usłyszeć, niezapomniany “Dark Side Of The Moon” Pink Floydów, otrzymał swój tytuł.
Zjawisko “obrotu synchronicznego” zaobserwowano w przypadku większości “dużych” księżyców (w stosunku do macierzystej planety) w Układzie Słonecznym, winą za jego powstawanie obarczając grawitacyjne więzi, łączące oba obiekty, prowadzące w końcu do wyhamowania prędkości rotacji satelity i zrównania jej z czasem obiegu wokół planety. Nie kryje się w tym żadna tajemnica – przypuszczamy, że od miliardów lat Księżyc zachowuje się w ten sposób i nie zawracamy sobie tym zbytnio uwagi. Jednak nie po to na świecie istnieją naukowcy, by nie grzebać nawet przy takich, zdawałoby się oczywistościach, zawsze można bowiem zapytać - czy tak było zawsze?
Takie pytanie postawili dwaj planetolodzy, niejaki Mark Wieczorek (hm…) oraz Mathieu Le Feuvre z francuskiego Institut de Physique du Globe w Paryżu. Postanowili oni, analizując rozkład kilkudziesięciu największych kraterów uderzeniowych na powierzchni satelity, sprawdzić, czy Księżyc zawsze zwrócony był tą samą stroną w kierunku Ziemi. Analiza ta doprowadziła ich do wniosku, że niekoniecznie.
Swoje dochodzenie francuscy naukowcy oparli na takim założeniu – znamy wygląd obu “stron” Księżyca (stale widocznej z niezliczonych obserwacji z Ziemi, “ciemnej” z lotów programu Apollo). Skoro Księżyc stale utrzymuje to samo położenie w stosunku do Ziemi oznacza to, że jedna jego półkula (nazwijmy ją “zachodnią”) równie nieprzerwanie skierowana jest w kierunku przemieszczania się po orbicie, użyjmy nieprawidłowego ale bliskiego znaczeniowo określenia “pod wiatr”. Dodajmy teraz do tego uderzenia pomniejszych ciał niebieskich, asteroid, i mamy prosty aczkolwiek sprytny mechanizm, pozwalający sprawdzić prawdziwość tezy powiadającej, że Księżyc “od zawsze” zwrócony był w stosunku do Ziemi tą samą stroną: “zachodnia” półkula powinna z oczywistych względów być bardziej “poharatana” i zryta kraterami.
Co stwierdzili francuscy planetolodzy? To prawda, że największe i względnie młode kratery znajdują się, jak oczekiwano, na półkuli “zachodniej”. Jednak najwięcej starych kraterów zdaje się znajdować po przeciwnej stronie, co wydaje się wskazywać na to, iż kiedyś, w zamierzchłej przeszłości Układu Słonecznego, Księżyc mógł być zwrócony w stronę Ziemi swą obecną “ciemną” stroną.
Naukowcy przypuszczają, że przed niespełna 4 miliardami lat, kiedy jeszcze ogromne zastępy asteroid, pozostałych po okresie formowania planet, podróżowały po Układzie, mogło dojść do sporego impaktu – duża asteroida (lub ich grupa) uderzyły w Księżyc z taką siłą, że zmusiły go do mimowolnego obrotu wokół jego osi i zwrócenia ku Ziemi obecnie widzianej “twarzy”. Przez krótki czas więc, w czasie narodzin Układu Słonecznego, hipotetyczni mieszkańcy Ziemi (a raczej “pierwotna zupa”, która i tak jeszcze nie powstała) mogliby podziwiać “ciemną stronę Księżyca”.
Zakończmy może słowami Rogera Watersa z wspomnianej na początku legendarnej płyty: “There is no dark side of the moon really. Matter of fact it’s all dark”.
Praca Wieczorka i Le Feuvre
Źródła:
Link 1
Link 2
Link 3
Link 4
Link 5
Zdjęcie: Ni mniej, ni więcej a… “ciemna strona Księżyca”
Źródło zdjęcia
Credit: NASA/JPL/USGS
Księżycowe dynamo
22 styczeń 2009
Czytaliśmy o tajemniczym szumie, którego pochodzenie jest dla nas wielką niewiadomą, wypełniającym, jak się zdaje, cały Wszechświat na podobieństwo mikrofalowego promieniowania tła, czytaliśmy też o równie niezwykłym błysku, który wprawił astronomów w spore zakłopotanie swą niepowtarzalną naturą. Nie musimy jednak sięgać tak bardzo daleko, by borykać się z niewyjaśnionymi zagadkami – wróćmy więc na chwilę w pobliże naszej planety i przyjrzyjmy się jej jedynemu satelicie, staremu dobremu Księżycowi.
Warto tutaj przy okazji wspomnieć, że zaledwie tydzień temu, w czasie pełni, Księżyc znajdował się w najbliższym punkcie swej orbity w stosunku do Ziemi – w tym roku już nie przybliży się bardziej. Dzięki temu jawił się jako większy i jaśniejszy niż zazwyczaj (choć różnica w stosunku do “zwykłego” Księżyca to zaledwie 15% wielkości i jasności), mało kto jednak z pewnością zwrócił na ten fakt w ogóle uwagę (w tym i moja osoba, niestety). Bierze się to pewnie stąd, że nic nie wydaje się tak “swojskie” na naszym niebie, jak Księżyc właśnie. Mimo to arogancją byłoby stwierdzenie, że “swojskość” tak przekłada się na równie doskonałą wiedzę o tym ciele niebieskim. Sporo jeszcze zagadek kryje przed nami Srebrny Glob, jedną z takich jest wieloletnia dyskusja o tym, czy Księżyc posiadał kiedykolwiek stałe pole magnetyczne, funkcjonujące w sposób zbliżony do ziemskiego. Kilka dni temu w prestiżowym piśmie “Science” ukazała się praca naukowców, która zdaje się potwierdzać taką, dotąd uważaną za mniej prawdopodobną, hipotezę.
W 1971 roku, podczas realizacji misji Apollo 17 (nawiasem mówiąc ostatniej załogowej wizyty na Księżycu jak dotąd), jedynym geologiem, który postawił stopę na Księżycu, był niejaki Harrison Schmitt, który, jak to geolodzy mają w zwyczaju, zainteresował się w szczególności księżycowymi skałami. Przytargał na Ziemię nawet interesujący okaz, nazwany “Troctolite 76535″, który stał się współcześnie przedmiotem intensywnych badań naukowców z amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology (MIT). Wykorzystując zdobycze zaawansowanej techniki poddali kawałek skały intensywnym badaniom, które miały na celu rozstrzygającą debaty odpowiedź na pytanie - czy Księżyc w zamierzchłych czasach posiadał stałe, stabilne pole magnetyczne?
Wspomniany kawałek Księżyca należy do prawdziwych “matuzalemów” w kolekcji agencji NASA – pochodzi sprzed ok. 4,2 miliarda lat, tym samym jest starszy niż jakiekolwiek znane nam okazy z Marsa czy nawet samej Ziemi. Warto wspomnieć, że wtedy, w bardzo dynamicznej fazie naszego Układu Słonecznego, zgodnie z obowiązującą obecnie teorią doszło do powstania samego Srebrnego Globu, jak się zakłada, po zderzeniu młodej Ziemi z ciałem wielkości Marsa i wyrwaniu z trzewi obu obiektów sporej ilości kamienia. Naukowcy z MIT potrzebowali skały o specyficznych własnościach – zależało im na takim, który w tym burzliwym czasie “wypłynął” na powierzchnię Księżyca i tam schładzał się przez dziesiątki tysięcy lat, nietknięty przez nagminne wówczas uderzenia meteorytów. Kawałek, o którym mowa, leżał więc sobie w błogiej beztrosce przez miliardy lat na powierzchni, aż pewnego pięknego dnia los rzucił go w ręce pazernego geologa.
Badania zespołu z MIT potwierdziły, że swego czasu Księżyc musiał posiadać płynne jądro, które stanowiło tym samym źródło stabilnego, stałego pola magnetycznego. Pole funkcjonowało w sposób analogiczny do ziemskiego - ruchy płynnej skały w jądrze działały na zasadzie gigantycznego “dynama”. To pole magnetyczne, o indukcji 1 Mikrotesli (czyli słabsze mniej więcej 50-krotnie od pola ziemskiego) zostawiło swoiste “odciski palca” na kawałku skały wielkości piłki tenisowej, które niniejszym udało się zaobserwować.Wyeliminowano przy tym wszystkie czynniki, które mogłyby wpłynąć niekorzystnie na rzetelność badań, bowiem wszystkie kawałki skał, jakie dotarły na Ziemię, wykazują właściwości magnetyczne, sama ta właściwość nie jest więc rozstrzygająca. W ich przypadku jednak zakłada się, że odpowiedzialne za to są uderzenia meteorytów, trzeba więc było znaleźć okaz, który tego losu uniknął. I takim właśnie był “Troctolite 76535″.
Tym samym naukowcy z MIT przedstawili silny argument, przemawiający za tym, że Księżyc, przynajmniej w swej wczesnej fazie, nie był, jak obecnie go postrzegamy, zimnym kawałem skały. W prehistorycznych czasach tego bloga pisałem już o tym, że Księżyc wykazywać się musiał w zamierzchłej historii aktywnością wulkaniczną, teraz nadeszła pora na pole magnetyczne. Ciekawe jakie jeszcze niespodzianki Księżyc kryje przed nami?







