Górnikiem na Księżycu być
3 lipiec 2009
Zewsząd bombardowani jesteśmy wielce ponurymi przepowiedniami, zgodnie z którymi najbliższe dziesięciolecia będą epoką istnego “wyczerpywania” – zabraknąć ma (choć w tym akurat przypadku opinie są mocno zróżnicowane) wszelakich paliw kopalnych, życiodajnej wody, pożywienia, idąc dalej wczoraj zaledwie w świeżutkim, lipcowym “Świecie Nauki” natknąłem się na artykuł, zgodnie z którym za kilkadziesiąt lat zabraknie również fosforu, bez którego współczesna produkcja żywności nie ma racji bytu. Są to tylko wybrane przykłady – przysłuchując się temu, co mają do powiedzenia tzw. specjaliści-progności, musimy liczyć się w tym stuleciu z notorycznym brakiem kolejnych elementów, skądinąd niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania naszej cywilizacji, przynajmniej w oparciu o technologie, które znamy obecnie. Dyskusje na temat zasadności tych czarnych wizji można prowadzić w nieskończoność – wśród nas znajdą się i tacy, którzy uważają takie prognozy za zbyt pobłażliwe i wypatrują cywilizacyjnej zapaści w najbliższych latach (czyżby w 2012 roku?) jak i tacy, którzy naśmiewają się z nich tylko, bagatelizując wszelkie obawy panikarzy. Jak zwykle to bywa – prawda znajduje się zapewne gdzieś po środku, nie mojej skromnej osobie też oceniać, kto ma rację.
Jednym z ważnych pierwiastków “cywilizacyjnych”, i to pod dwoma zupełnie odmiennymi względami, jest uran. Pierwsze skojarzenia narzucają się same – zabójcze bomby atomowe i groźne elektrownie atomowe asocjowane są automatycznie z tym pierwiastkiem. Oba skojarzenia są też skądinąd całkiem trafne – to dzięki uranowi rosnąca grupa krajów zabawia się we własnych ogródkach z bronią jądrową i to dzięki temu pierwiastkowi posiadamy narzędzie, które, gdyby zsumować skuteczność wszystkich wielu tysięcy głowic, potrafiłoby w mgnieniu oka zamienić naszą planetę w pustynię. Z drugiej, jaśniejszej mimo wszystko strony – choć energia jądrowa budzi stale wiele kontrowersji, póki co elektrownie atomowe stanowią rzeczywiście względnie czyste i efektywne źródło energii.
Uran można uznać za pierwiastek “nieodnawialny”, nie powstaje bowiem ot tak w trakcie skraplania pary wodnej i nie pojawia się po prostu znikąd – tym samym oczywiste jest, że kiedyś po prostu, wraz z postępującym wykorzystaniem, musi go zabraknąć. Wiele wskazuje na to, że prędko się to nie stanie, nigdy jednak nie dość dostatku, z pewnością więc niektórzy odetchną z ulgą na wiadomość, że odkryto właśnie spore złoża tego pierwiastka, problemem może być jedynie kwestia wydobycia, gdyż futurystycznych górników wydelegować musielibyśmy na… Księżyc.
Z pewnością pamiętacie jeszcze informacje medialne sprzed niespełna miesiąca (dokładniej mowa o 10. czerwca), kiedy to trąbiono wszem i wobec o tajemniczej sondzie kosmicznej, która pojawiła się znikąd z jednym, ostatecznym dla niej celem – rozbiciem się o powierzchnię Srebrnego Globu. Oczywiście żartuję – sonda nie istniała po prostu wcześniej w świadomości szerszej publiki, wystrzelona została bowiem już w 2007 roku z misją badania Księżyca. Sondą tą była KAGUYA, japoński projekt, wyniesiony na orbitę w 2007 roku przez agencję kosmiczną JAXA z kosmodromu Tanegashima w Japonii. Urządzenie zostało wysłane na orbitę Księżyca w celu szeroko zakrojonych badań naszego najbliższego kosmicznego sąsiada – na zakończenie bardzo udanej misji zdecydowano, że satelita rozbije się o powierzchnię Księżyca (ostatnie chwile przed zderzeniem “oczami” Kaguyi można obejrzeć tutaj, trochę przytłaczające wrażenie prawdę mówiąc ten film robi). Zanim jednak sonda zamieniła się w kupkę złomu i stała się na wieki częścią Księżyca, dokonała niezliczonych pomiarów i badań, jeden natomiast z jej instrumentów badawczych – tzw. spektrometr promieniowania gamma (Gamma Ray Spectrometer, GRS) posłużył do oszacowania, z niespotykaną dotąd dokładnością, składu pierwiastkowego powierzchni Księżyca.
Na podstawie danych, zebranych w czasie mniej więcej 2.100 godzin pomiarów, dokonywanych przez Kaguyę krążącą niestrudzenie na wysokości ok. 100 km nad powierzchnią Srebrnego Globu, stworzono mapę księżycowych surowców o niespotykanej dotąd dokładności. Wiedziano już bowiem wcześniej (choćby w efekcie programu Apollo), że powierzchniowe warstwy Księżyca składają się ze zróżnicowanych pierwiastków (bo zapewne nie jest to ciemna materia, jak niektórzy – szczególnie w stosunku do niewidocznej strony – mogliby podejrzewać), takich jak magnez, wapn, krzem, tytan czy trywialne w sumie żelazo. Dopiero Kaguya jednak, dzięki bardzo zaawansowanemu technicznie spektrometrowi, pozwoliła z rewelacyjną dokładnością oszacować, gdzie dany pierwiastek występuje i w jakich ilościach. Nigdy jednak przedtem nie stwierdzono bezpośrednio istnienia na Księżycu uranu.
Spore złoża uranu, zgodnie z pomiarami Kaguyi, znajdują się w powierzchniowych pokładach ogromnego morza księżycowego Oceanus Procellarum (Morze Burz), wielgachnej ciemnej plamy, widocznej doskonale na Księżycu w górnej, zachodniej jego części. Sporo uranu znajduje się również w basenie Biegun Południowy – Aitken, swoją drogą drugim największym znanym nam kraterze uderzeniowym nie tylko na Księżycu, ale i w całym Układzie Słonecznym (2.500 km średnicy!). Co ciekawe, pierwiastek ten zdaje się zazwyczaj tworzyć trio wspólnie z potasem i torem.
W kontekście tego odkrycia przypomina mi się dowcip: dlaczego Amerykanie nie wysłali jeszcze misji załogowej na Marsa? Bo dotąd nie odkryto tam złóż ropy naftowej. Podobnie wygląda to i tym razem – zapewne w głowach poniektórych bystrych biznesmenów włączyły się układy alarmowe i sztaby jajogłowych układają już misterne plany wydobycia i transportu cennego surowca na Ziemię, by tam sprzedawać go za spore pieniądze. Co prawda do realizacji takich zamysłów droga jeszcze pewnie daleka, jednak prędzej czy później z pewnością do tego dojdzie. Aż strach pomyśleć – pamiętacie taki film “Pamięć Absolutna” z niezapomnianym Arnoldem S. w roli głównej?
Streszczenie pracy naukowców z zespołu Kaguya
Źródła:
Link 1
Link 2
Link 3
Link 4
Zdjęcie: Realistyczna wizja kosmogórników pracujących na Księżycu
Źródło zdjęcia
Credit: www.brickshelf.com
One small word for [a] man
10 czerwiec 2009
Zanim zmurszała maszyneria Cytadeli wskoczy na wysokie obroty i zacznę rozpisywać się, jak to drzewiej w szczęśliwych czasach bywało, o czasem mocno przyciężkawych i niezbyt strawnych teoretycznych fanaberiach, wykluwających się w głowach współczesnych fizyków, warto, jak sądzę, zaproponować małą rozgrzewkę w oparciu o coś znacznie lżejszego i poniekąd nawet zabawnego. Na snucie zawikłanych rozważań o ciemnej energii, ekspansji Wszechświata i zimnej fuzji przyjdzie jeszcze czas, bez obaw, w tym deszczowym i ponurym dniu proponuję jednak prostą i zabawną, do tego niesamowicie sensacyjną historyjkę.
No dobrze, z tą “sensacyjnością” celowo przesadziłem, bo tak naprawdę sprawa dotyczy zwykłej pierdółki. Trudno mi oszacować średnią wieku osób, które tutaj czasem zaglądają, przypuszczam jednak, że większość z Was nie dostąpiła niestety tej niekłamanej przyjemności, by przed niemal równiutko 40 laty obserwować na ekranie telewizora szaro-białe, zaszumione w diabli obrazy, które były niczym mniej i niczym więcej jak przesyłaną na żywo relacją z pierwszej wizyty człowieka na Księżycu.
20 lipca 1969 roku Amerykanie w końcu dopięli swego – porażeni Sputnikiem pikającym sobie melancholijnie nad ich głowami zdecydowali, że to oni jako pierwsi dosiądą wirtualnych jeszcze wtedy pojazdów i postawią pierwszy krok na Srebrnym Globie. W 1961 roku nieśmiertelny J.F. Kennedy zapowiedział buńczucznie, że stanie się to do końca lat sześćdziesiątych, czym wywołał wówczas zapewne głęboki rechot niedowierzania na Kremlu oraz mimowolne zaokrąglenie przerażonych oczu amerykańskich naukowców, którzy dostali zaledwie kilka lat na realizację tak ambitnego planu. Ogromne fundusze, nakład pracy tysięcy ludzi kosztem wielu wyrzeczeń oraz – co już nie jest tak chętnie wspominane – skwapliwe wykorzystanie wiedzy technicznej skaptowanych w trakcie II wojny światowej nazistowskich najtęższych mózgów doprowadziły jednak w końcu do sukcesu – program Apollo stał się rzeczywistością i w 1969 roku nadeszła w końcu wiekopomna chwila – jankeska flaga znalazła się na Księżycu.
Może zabrzmiało to wszystko dość złośliwie, jednak daleki jestem od prześmiewczej pozy – cały projekt Apollo świadczy dobitnie o tym, że kiedy tylko istnieją wielkie chęci (i oczywiście niezwykle silny nacisk polityczny, bez tego się nie może niestety w naszym spapranym świecie obejść) ludziska zdolne są do nadludzkich wyczynów. Nie zapominajmy o tym, że w ciągu kilku lat Amerykanie postawili stopę na Księżycu w oparciu o ówczesną technologię, dokonali czegoś, co i obecnie nie jest dla nikogo zwykłym spacerem – warto pamiętać choćby o tym, że komputery sterujące lądownikiem pod względem mocy obliczeniowej były o wiele słabsze niż zwyczajne komórki, z których korzystamy dzień w dzień.
Kiedy Neil Armstrong owego pamiętnego 20 lipca wygramolił się niezdarnie z lądownika Apollo 11, powiedział kilka słów, które na zawsze przeszły do panteonu jednych z najważniejszych wypowiedzi, jakie poczyniła ludzkość: “It’s one small step for a man, but one giant leap for mankind” (“To mały krok dla człowieka, lecz wielki skok dla ludzkości”). Któż nie zna tej sentencji? Pomijając poetyckie zapędy Armstronga dość szybko jednak pojawiły się coraz liczniejsze głosy, że Armstrong coś tutaj spaprał i tym samym zaprzepaścił tak ważny moment.
W ferworze całego zamieszania świadkowie – przed telewizorami jak i operatorzy lotu – nie wsłuchiwali się zbyt dokładnie w brzmienie zdania, jakie wypowiedział Armstrong. Po jakimś czasie jednak złośliwcy zaczęli wytykać Armstrongowi, iż powiedział “It’s one small step for man, but one giant leap for mankind”, co dla językowych purystów nie ma zbyt wiele sensu i niweczy poetyckość tej wypowiedzi. Bez rodzajnika nieokreślonego “a” bowiem “man” znaczy po angielsku bowiem “ludzkość” po prostu, co sprawia, iż zdanie brzmi cokolwiek kuriozalnie: “To mały krok dla ludzkości, lecz wielki skok dla ludzkości”). Hm, no ładnie…
A to dopiero, tak monumentalna chwila, a Armstrong spaprał ją dokumentnie! Z czasem nawet sam Neil przyznał się, z wahaniem, że chyba zapomniał rodzajnika… NASA jednak nie dawała za wygraną – upierano się, że owe nieszczęsne “a” w zdaniu jak najbardziej się znalazło, jednak ze względu na zakłócenia w przesyle sygnału nie było po prostu słyszalne. Ponieważ tak naprawdę jest to bardzo upierdliwe szukanie dziury w całym, sprawa uspokoiła się na wiele, wiele lat, do momentu, gdy w 2006 roku specjalista komputerowy i fonetyk-amator, niejaki Peter Shann Ford zabrał się za waleczną próbę rehabilitacji biednego Armstronga. Na podstawie dokonanych przez siebie analiz akustycznych Ford z przekonaniem oświadczył, że w trakcie przerwy o długości ok. 35 milisekund, jaka pojawia się pomiędzy “for” oraz “man” Armstrong to maciupkie “a” niewyraźnie wymamrotał, jednak statyczny szum złośliwie je zadusił.
Minęło znów kilka lat – pojawili się nowi złośliwcy, którzy są przekonani, że tym razem już naprawdę niezbicie wykazali, iż Armstrong jednak swoje “a” połknął, dopuszczając się tym samym prawdziwej zbrodni na ludzkości. Niejaki John Olsson (szef prywatnego Forensic Linguistics Institute w Walii) oraz spec do spraw lądowań na Księżycu, Christopher Riley, dorwali bowiem opublikowane niedawno przez agencję NASA nagrania z owych czasów, w bardzo dobrej, zdigitalizowanej jakości. Mordercza analiza tych nagrań, innych próbek mowy Armstronga (przykładowo “the surface is like a powder”), ba, nawet wywiadów z nim prowadzonych doprowadziły obu panów do wniosku, że Armstrong ani nie ma wady wymowy, prowadzącej do notorycznego połykania “a”, ani też jego swojski dialekt (kolega pochodzi ze stanu Ohio) nie mogły wpłynąć na zamazanie rodzajnika. Pozostało tylko jedno wyjaśnienie – Armstrong po prostu zapomniał dodać “a”, czyniąc swoje wiekopomne zdanie bezsensownym…
Na szczęście złośliwi panowie przyznają równocześnie, że potrafią Neilowi wybaczyć takie faux pas – przyznają również, że dopiero bez “a” całe zdanie nabiera dobrego rytmu i jednocześnie poetyckiego brzmienia. I dobrze, bo zbytnia drobiazgowość często jest szkodliwa – trudno w końcu nie wybaczyć Armstrongowi takiej drobnostki. Jak myślicie, czy nie bylibyście trochę zdenerwowani stawiając jako człowiek pierwszy krok poza Ziemią?
Sławetne zdanie Armstronga (w formacie .OGG)
Źródła:
Link 1
Zdjęcie: To właśnie ten “one small step for man”
Źródło zdjęcia
Credit: NASA/Buzz Aldrin
Bright side of the moon
24 styczeń 2009
Zostańmy jeszcze na moment w okolicach ziemskiego satelity, przyglądając mu się tym razem uważnie pod innym względem niż w poprzednim wpisie – zostawmy w spokoju jego wnętrzności, przyjrzymy się w zamian jego wspaniałej “twarzy”, którą dane jest nam oglądać w pełnej krasie w bezchmurne noce w czasie pełni. Twarzy, która zawsze odkąd pamiętamy wygląda dla nas tak samo.
Jak powszechnie wiadomo, wszystkie ciała niebieskie mają zwyczaj obracać się w jakimś określonym czasie wokół własnej osi, raz czyniąc to wolniej, raz szybciej. Nie inaczej jest oczywiście również z Księżycem, którego prędkość rotacji jest jednak w pewien sposób skorelowana z czasem obiegu wokół naszej planety – Księżyc obraca się wokół swej osi bowiem w dokładnie takim samym czasie, jaki potrzebuje na przebycie swej orbity wokół Ziemi (mówimy wówczas o tzw. “obrocie synchronicznym“). Dzięki temu stale zwrócony jest do nas jedną stroną i dzięki temu – choć związek z astrofizyką ma to zapewne niewielki – jeden z najdoskonalszych albumów muzycznych, jakie dane nam było usłyszeć, niezapomniany “Dark Side Of The Moon” Pink Floydów, otrzymał swój tytuł.
Zjawisko “obrotu synchronicznego” zaobserwowano w przypadku większości “dużych” księżyców (w stosunku do macierzystej planety) w Układzie Słonecznym, winą za jego powstawanie obarczając grawitacyjne więzi, łączące oba obiekty, prowadzące w końcu do wyhamowania prędkości rotacji satelity i zrównania jej z czasem obiegu wokół planety. Nie kryje się w tym żadna tajemnica – przypuszczamy, że od miliardów lat Księżyc zachowuje się w ten sposób i nie zawracamy sobie tym zbytnio uwagi. Jednak nie po to na świecie istnieją naukowcy, by nie grzebać nawet przy takich, zdawałoby się oczywistościach, zawsze można bowiem zapytać - czy tak było zawsze?
Takie pytanie postawili dwaj planetolodzy, niejaki Mark Wieczorek (hm…) oraz Mathieu Le Feuvre z francuskiego Institut de Physique du Globe w Paryżu. Postanowili oni, analizując rozkład kilkudziesięciu największych kraterów uderzeniowych na powierzchni satelity, sprawdzić, czy Księżyc zawsze zwrócony był tą samą stroną w kierunku Ziemi. Analiza ta doprowadziła ich do wniosku, że niekoniecznie.
Swoje dochodzenie francuscy naukowcy oparli na takim założeniu – znamy wygląd obu “stron” Księżyca (stale widocznej z niezliczonych obserwacji z Ziemi, “ciemnej” z lotów programu Apollo). Skoro Księżyc stale utrzymuje to samo położenie w stosunku do Ziemi oznacza to, że jedna jego półkula (nazwijmy ją “zachodnią”) równie nieprzerwanie skierowana jest w kierunku przemieszczania się po orbicie, użyjmy nieprawidłowego ale bliskiego znaczeniowo określenia “pod wiatr”. Dodajmy teraz do tego uderzenia pomniejszych ciał niebieskich, asteroid, i mamy prosty aczkolwiek sprytny mechanizm, pozwalający sprawdzić prawdziwość tezy powiadającej, że Księżyc “od zawsze” zwrócony był w stosunku do Ziemi tą samą stroną: “zachodnia” półkula powinna z oczywistych względów być bardziej “poharatana” i zryta kraterami.
Co stwierdzili francuscy planetolodzy? To prawda, że największe i względnie młode kratery znajdują się, jak oczekiwano, na półkuli “zachodniej”. Jednak najwięcej starych kraterów zdaje się znajdować po przeciwnej stronie, co wydaje się wskazywać na to, iż kiedyś, w zamierzchłej przeszłości Układu Słonecznego, Księżyc mógł być zwrócony w stronę Ziemi swą obecną “ciemną” stroną.
Naukowcy przypuszczają, że przed niespełna 4 miliardami lat, kiedy jeszcze ogromne zastępy asteroid, pozostałych po okresie formowania planet, podróżowały po Układzie, mogło dojść do sporego impaktu – duża asteroida (lub ich grupa) uderzyły w Księżyc z taką siłą, że zmusiły go do mimowolnego obrotu wokół jego osi i zwrócenia ku Ziemi obecnie widzianej “twarzy”. Przez krótki czas więc, w czasie narodzin Układu Słonecznego, hipotetyczni mieszkańcy Ziemi (a raczej “pierwotna zupa”, która i tak jeszcze nie powstała) mogliby podziwiać “ciemną stronę Księżyca”.
Zakończmy może słowami Rogera Watersa z wspomnianej na początku legendarnej płyty: “There is no dark side of the moon really. Matter of fact it’s all dark”.
Praca Wieczorka i Le Feuvre
Źródła:
Link 1
Link 2
Link 3
Link 4
Link 5
Zdjęcie: Ni mniej, ni więcej a… “ciemna strona Księżyca”
Źródło zdjęcia
Credit: NASA/JPL/USGS
Księżycowe dynamo
22 styczeń 2009
Czytaliśmy o tajemniczym szumie, którego pochodzenie jest dla nas wielką niewiadomą, wypełniającym, jak się zdaje, cały Wszechświat na podobieństwo mikrofalowego promieniowania tła, czytaliśmy też o równie niezwykłym błysku, który wprawił astronomów w spore zakłopotanie swą niepowtarzalną naturą. Nie musimy jednak sięgać tak bardzo daleko, by borykać się z niewyjaśnionymi zagadkami – wróćmy więc na chwilę w pobliże naszej planety i przyjrzyjmy się jej jedynemu satelicie, staremu dobremu Księżycowi.
Warto tutaj przy okazji wspomnieć, że zaledwie tydzień temu, w czasie pełni, Księżyc znajdował się w najbliższym punkcie swej orbity w stosunku do Ziemi – w tym roku już nie przybliży się bardziej. Dzięki temu jawił się jako większy i jaśniejszy niż zazwyczaj (choć różnica w stosunku do “zwykłego” Księżyca to zaledwie 15% wielkości i jasności), mało kto jednak z pewnością zwrócił na ten fakt w ogóle uwagę (w tym i moja osoba, niestety). Bierze się to pewnie stąd, że nic nie wydaje się tak “swojskie” na naszym niebie, jak Księżyc właśnie. Mimo to arogancją byłoby stwierdzenie, że “swojskość” tak przekłada się na równie doskonałą wiedzę o tym ciele niebieskim. Sporo jeszcze zagadek kryje przed nami Srebrny Glob, jedną z takich jest wieloletnia dyskusja o tym, czy Księżyc posiadał kiedykolwiek stałe pole magnetyczne, funkcjonujące w sposób zbliżony do ziemskiego. Kilka dni temu w prestiżowym piśmie “Science” ukazała się praca naukowców, która zdaje się potwierdzać taką, dotąd uważaną za mniej prawdopodobną, hipotezę.
W 1971 roku, podczas realizacji misji Apollo 17 (nawiasem mówiąc ostatniej załogowej wizyty na Księżycu jak dotąd), jedynym geologiem, który postawił stopę na Księżycu, był niejaki Harrison Schmitt, który, jak to geolodzy mają w zwyczaju, zainteresował się w szczególności księżycowymi skałami. Przytargał na Ziemię nawet interesujący okaz, nazwany “Troctolite 76535″, który stał się współcześnie przedmiotem intensywnych badań naukowców z amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology (MIT). Wykorzystując zdobycze zaawansowanej techniki poddali kawałek skały intensywnym badaniom, które miały na celu rozstrzygającą debaty odpowiedź na pytanie - czy Księżyc w zamierzchłych czasach posiadał stałe, stabilne pole magnetyczne?
Wspomniany kawałek Księżyca należy do prawdziwych “matuzalemów” w kolekcji agencji NASA – pochodzi sprzed ok. 4,2 miliarda lat, tym samym jest starszy niż jakiekolwiek znane nam okazy z Marsa czy nawet samej Ziemi. Warto wspomnieć, że wtedy, w bardzo dynamicznej fazie naszego Układu Słonecznego, zgodnie z obowiązującą obecnie teorią doszło do powstania samego Srebrnego Globu, jak się zakłada, po zderzeniu młodej Ziemi z ciałem wielkości Marsa i wyrwaniu z trzewi obu obiektów sporej ilości kamienia. Naukowcy z MIT potrzebowali skały o specyficznych własnościach – zależało im na takim, który w tym burzliwym czasie “wypłynął” na powierzchnię Księżyca i tam schładzał się przez dziesiątki tysięcy lat, nietknięty przez nagminne wówczas uderzenia meteorytów. Kawałek, o którym mowa, leżał więc sobie w błogiej beztrosce przez miliardy lat na powierzchni, aż pewnego pięknego dnia los rzucił go w ręce pazernego geologa.
Badania zespołu z MIT potwierdziły, że swego czasu Księżyc musiał posiadać płynne jądro, które stanowiło tym samym źródło stabilnego, stałego pola magnetycznego. Pole funkcjonowało w sposób analogiczny do ziemskiego - ruchy płynnej skały w jądrze działały na zasadzie gigantycznego “dynama”. To pole magnetyczne, o indukcji 1 Mikrotesli (czyli słabsze mniej więcej 50-krotnie od pola ziemskiego) zostawiło swoiste “odciski palca” na kawałku skały wielkości piłki tenisowej, które niniejszym udało się zaobserwować.Wyeliminowano przy tym wszystkie czynniki, które mogłyby wpłynąć niekorzystnie na rzetelność badań, bowiem wszystkie kawałki skał, jakie dotarły na Ziemię, wykazują właściwości magnetyczne, sama ta właściwość nie jest więc rozstrzygająca. W ich przypadku jednak zakłada się, że odpowiedzialne za to są uderzenia meteorytów, trzeba więc było znaleźć okaz, który tego losu uniknął. I takim właśnie był “Troctolite 76535″.
Tym samym naukowcy z MIT przedstawili silny argument, przemawiający za tym, że Księżyc, przynajmniej w swej wczesnej fazie, nie był, jak obecnie go postrzegamy, zimnym kawałem skały. W prehistorycznych czasach tego bloga pisałem już o tym, że Księżyc wykazywać się musiał w zamierzchłej historii aktywnością wulkaniczną, teraz nadeszła pora na pole magnetyczne. Ciekawe jakie jeszcze niespodzianki Księżyc kryje przed nami?







