Dzień flagi
2 maj 2009
Tytuł wpisu jest celowo mylący – bynajmniej nie o naszym nowym święcie narodowym ten wpis będzie. Jednak jakiś tam luźny związek istnieje – sprytnie sobie to tak umyśliłem: nie dość, że a nuż wzbudzi zainteresowanie domorosłych patriotów, to jeszcze ma, że tak powiem, ukryte “drugie dno”. Z niedowierzaniem bowiem przyglądałem się dzisiaj dacie, która towarzyszy mojemu poprzedniemu wpisowi. 9 kwietnia. Trzy tygodnie głuchej ciszy, chyba rzeczywiście może to sprawiać pozory, że złożyłem już flagę i Cytadela skapitulowała.
Dobra, naciągane to porównanie jak diabli, jednak z braku laku i rak ryba, czy mniej więcej jakoś podobnie. Jak zauważyłem w komentarzach do poprzedniego wpisu teorie co do niepokojącej ciszy na blogu pojawiały się mocno spekulatywne, spieszę więc zaprzeczyć wszystkim niewiarygodnym pogłoskom i poinformować, że ani czekoladowe króliki, ani czarna dziura ani też Matrix do spółki z LHC nie są odpowiedzialne za moje milczenie. Choć nie przeczę, że mogłoby to – szczególnie gdyby to połączyć wszytko razem – być całkiem ciekawym przeżyciem.
W poprzednim wpisie ostrzegałem wprawdzie, że na jakiś czas Cytadela zostanie zamknięta na cztery spusty, sam jednak się nie spodziewałem, że na tak długo. Wina oczywiście leży nie po stronie czekoladowych królików i spółki, lecz po mojej stronie. Sporo po prostu się ostatnio działo w “rzeczywistym” życiu, nie mającym nic wspólnego z wirtualną rzeczywistością Internetu. W pracy w ciągu minionych dwóch tygodni zadania tłumnie gromadziły się na moim biurku a na każde wykonane z dziur wyłaziło pięć kolejnych. Fenomenalna kwietniowa pogoda (w ciągu miesiąca deszcz padał w mojej okolicy raz, przez mniej więcej 10 minut!) natomiast domagała się głośno jej zauważenia w czasie wolnym, odciągając od komputera i z ciemnych czterech kątów. Do tego doszła dodatkowa robota w mojej branży “fachowej”, czyli duże tłumaczenie trudnego tekstu – samo to zadanie zeżarło mi niepostrzeżenie kilka popołudni i wieczorów. Wszystko to summa summarum sprawiło, że – choć nie zapomniałem ani na chwilę o istnieniu Cytadeli – po prostu usiąść i napisać kilka słów było wręcz niemożliwe.
To jednak nie wszystko – od kilku tygodni istnieje dodatkowy, bardzo wymagający “pożeracz czasu”: spełniłem w końcu, że tak powiem, swoje stare marzenie i sprawiłem sobie cyfrową lustrzankę, z niskiej co prawda półki cenowej, jednak i tak o niebo lepszą niż najdroższy kompaktowy aparat fotograficzny. Zabawa z próbnymi zdjęciami, poznawanie tajników fotografii (przysłona? głębia ostrości? he?), szukanie motywów – wszystko to wymaga wiele czasu. Już samo poznanie funkcjonalności wszystkich knefli takiego urządzenia to kawał roboty. A i tak jeszcze jestem, nie przymierzając, cienki w te klocki jak diabli. Cóż, samo nic nie przychodzi.
Z kilku setek fotografii kilka wydaje mi się w miarę znośnych, jak na sam początek, dlatego też po długim namyśle wrzuciłem je do galerii, którą można przejrzeć tutaj. Najlepsze ujęcie, jakie dotąd udało mi się uzyskać, przypadkiem strzeliłem wczoraj – jest to jednocześnie fotografia towarzysząca temu wpisowi.
Wszystkim przerażonym perspektywą zmiany Cytadeli w blog fotografa-amatora, który swoje marne zdolności próbuje z dumą prezentować światu, spieszę z obietnicą: Cytadela jest blogiem o nauce i takim pozostanie. Całkiem możliwe, że raz na czas jakiś wrzucę do galerii co ciekawsze zdjęcia, na tym jednak koniec. Wpis dzisiejszy to, można tak to ująć, po prostu znak życia oraz krótkie usprawiedliwienie co do mizernej aktywności autora, brak w nim jeszcze tego, czym ten blog tak naprawdę żyje – obiecuję jednak, że następny wpis, już faktycznie “na temat”, pojawi się na pewno szybciej, niż za kilka tygodni.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie!







