Kamienny deszcz nad jeziorami lawy
5 październik 2009
Co robimy – wśród wielu innych aktywności oczywiście – przeciętnie kilkanaście tysięcy razy w ciągu jednej doby? Przyjmując, że dorosły człowiek wykonuje średnio 12 do 16 oddechów na minutę – tyle razy nabieramy powietrza do płuc. Czynność ta jest tak zautomatyzowana i naturalna, że odbywa się bez naszej świadomej ingerencji, z tego też między innymi względu bardzo rzadko poświęcamy krótką chociażby chwilę na zastanowienie się nad tym, jak niewiarygodnie wielka liczba korzystnych zbiegów okoliczności w przeciągu minionych miliardów lat istnienia naszej planety doprowadziła do tego, że w ogóle czym oddychać mamy i tym samym ta właśnie mieszanka gazów atmosferycznych stanowi niezbędny dla naszego funkcjonowania element. Ta sama mieszanina związana jest również z innym zjawiskiem, równie niezbędnym dla naszego funkcjonowania – od czasu do czasu (niekiedy niestety zbyt często, jak ma to właśnie miejsce tegoroczną jesienną porą) w atmosferze dochodzi do kondensacji pary wodnej, która ostatecznie dociera do powierzchni ziemi jako życiodajny deszcz. Nic odkrywczego, no pewnie, jeśli jednak wziąć pod uwagę alternatywne możliwości, jakich jak się okaże poniżej spodziewamy się na odległych planetach pozasłonecznych, powinniśmy spoglądać na miriady niepozornych kropelek H2O, pluskających w nasze okna, znacznie przychylniejszym okiem.
Jedną z takich niepokojących alternatyw przedstawili w ostatnich dniach naukowcy, którzy postanowili zaprząc komputery do symulowania warunków atmosferycznych na jednej z planet pozasłonecznych, odkrytej co prawda już w lutym tego roku planecie Corot-7b, planecie, o której zupełnie niedawno stało się dość głośno – w połowie września opublikowano bowiem wyniki wnikliwszych jej badań, wedle których jest ona pod wieloma względami wyjątkowa: planeta ta jest jednocześnie najmniejszą obecnie znaną planetą pozasłoneczną, jej orbita jest najciaśniejszą z nam znanych a na dokładkę jest to pierwsza planeta, o której możemy z pewnością powiedzieć, że jest typu skalistego – a więc o składzie zbliżonym do Ziemi. Poza składem jednak niewiele naszą planetę zdaje się tam przypominać.
Planeta Corot-7b krąży wokół pomarańczowego karła (gwiazdy ciut chłodniejszej i młodszej od Słońca) Corot-7, położonego w odległości ok. 490 lat świetlnych od Ziemi w gwiazdozbiorze Jednorożca. Jest ona niespełna dwa razy większa od Ziemi, przy czym jej masa zbliżona jest prawdopodobnie do pięciokrotności masy Ziemi. Zatrważająca jest odległość, jaka dzieli planetę od gwiazdy – to zaledwie 2,5 miliona kilometrów (obrót wokół gwiazdy zajmuje marne 20 godzin!), co stanowi zaledwie 1/60 średniej odległości Ziemi od Słońca – więcej nawet: gorący jak mogłoby się wydawać i niemiłosiernie “przypalany” Merkury, okrążający Słońce w średniej odległości ok. 57 milionów kilometrów, ciągle znajduje się 20 razy dalej niż Corot-7b od gwiazdy! Wiąże się z tym oczywiście iście “piekielna atmosfera”, zarówno dosłownie jak i w przenośni – przypuszczalnie strona planety zwrócona ku gwieździe nagrzewana jest do niebagatelnej temperatury ponad 2.300 °C (!), z drugiej jednak strony przeciwna półkula schładza się gwałtownie do zatrważających wartości ujemnych w granicach minus 200 stopni °C.
Temperaturowe inferno na Corot-7b ma oczywiście swoje daleko idące konsekwencje: naukowcy zakładają, że przynajmniej częściowo skały na powierzchni planety znajdują się w stanie płynnym, przypuszczalnie można tam więc spotkać jeziora pełne gotującej się wściekle lawy, jeśli nie całe oceany. Ta unikatowa cecha skłoniła zupełnie niedawno dwójkę badaczy - Bruce’a Fegleya oraz Laurę Schaefer z Washington University w St. Louis (USA) – do przeanalizowania w oparciu o komputerowe symulacje, jak w takich warunkach musiałaby wyglądać atmosfera planety, a przynajmniej to, co do tego miana pretenduje; wyniki swej analizy badacze opublikowali 01. października w “Astrophysical Journal”.
Para naukowców zastosowała do swych celów zaawansowane oprogramowanie komputerowe o nazwie MAGMA, które wykorzystane zostało już wcześniej do badań nad wysokotemperaturowym wulkanizmem na jednym z księżyców Jowisza, Io. Ponieważ jak nietrudno się domyśleć naukowcy nie posiadają szczegółowych danych o składzie planety, Bruce i Laura przeprowadzili symulacje w oparciu o różne zestawy danych wejściowych – co jednak ważne we wszystkich próbach uzyskane wyniki, niezależnie od założeń, były bardzo zbliżone do siebie, co sugeruje, iż obraz ten może być bardzo zbliżony do tego, co rzeczywiście na planecie się odbywa.
Wyniki uzyskane na podstawie symulacji są naprawdę fascynujące – ze stopionych skał ulatniają się najprawdopodobniej opary, które następnie, zmierzając ku coraz wyższym warstwom atmosfery, zaczynają tworzyć “chmury” – zupełnie odmienne jednak od chmur, które niemal na co dzień możemy ujrzeć nad naszymi głowami. Atmosfera stanowi zapewne mieszankę takich składników jak sód (Na), potas (K), monotlenek krzemu (SiO) oraz tlen (O). Tlen dlatego, że – jak sugeruje Fegley – jest to pierwiastek obficie związany w skałach różnego rodzaju, więc odparowanie tychże skał prowadzi do jego uwolnienia. To podstawowe elementy układanki – do tego dochodzą jeszcze pomniejsze ilości magnezu (Mg), aluminium (Al), wapnia (Ca) oraz żelaza (Fe). To wszystko znajduje się w atmosferze Corot-7b: a ponieważ temperatura atmosfery spada zwykle wraz z rosnącą wysokością, różne składniki atmosfery kondensują również na innych wysokościach. O ile na Ziemi mamy do czynienia z parą wodną, zamieniającą się w końcu w kropelki wody – w przypadku egzotycznej planety opary stopionych skał kondensują w… drobne ich kawałekczki, potocznie zwane kamieniami.
Wizja to rzeczywiście niezwykła – choć trudno sobie nawet przy największym wysiłku woli wyobrażać kosmonautów spacerujących beztrosko po jeziorach kotłującej się i rozpalonej lawy, można jednak popuścić cugli fantazji i pofantazjować co do tego, co taki arcytwardy kosmonauta mógłby zobaczyć: rozpalone do czerwoności, przelewające się bez ustanku morze płynnych skał pod stopami, bezlitośnie oślepiający blask bliskiej przecież bardzo gwiazdy i do tego – jako ukoronowanie – opadające z niebios niezliczone drobne kamyczki…
Źródła:
Link 1
Link 2
Grafika: Żartobliwa wizja wizyty na planecie Corot-7b
Źródło grafiki
Credit: ???
Planety w Andromedzie
24 czerwiec 2009
Nie raz i nie dwa wspominałem już w różnym kontekście o tzw. egzoplanetach – inaczej mówiąc planetach okrążających obce nam gwiazdy w bardziej lub mniej odległych układach słonecznych. Na chwilę obecną takich planet znamy już ponad 350 i liczba ta stale rośnie, wraz z rozwojem wysublimowanej techniki z pewnością wzrost ten będzie tylko przyspieszał, wiele w tej materii więc jeszcze przed nami. Istnieje jednak pewna wspólna cecha charakteryzująca wszystkie egzoplanety – i te najmniejsze, które są kilkakrotnie zaledwie większe od Ziemi, jak i te największe, które zdają się niemal balansować na granicy definicji pomiędzy planetą a brązowym karłem – wszystkie te obiekty znajdują się w relatywnie niewielkiej odległości od Ziemi (biorąc pod uwagę kosmiczne skale tuż “za rogiem”), wszystkie krążą wokół gwiazd znajdujących się w obrębie naszej macierzystej galaktyki, Drogi Mlecznej.
W sumie, po krótkim namyśle, nie ma w tym nic specjalnie dziwnego – planeta, nawet nie wiadomo jak potężna i rozdymana, jest obiektem tak mikroskopijnym i niewidocznym w porównaniu z bylejaką gwiazdą, że już samo potwierdzenie jej istnienia nawet w odległości setek, nie mówiąc już o tysiącach, lat świetlnych, jest nie lada wyczynem. Naprawdę zaawansowane rozwiązania, wykorzystywane w tym celu, potrafią zadziwić pod względem niezwykle subtelnych niuansów, z których skwapliwie korzystają. Biorąc to wszystko pod uwagę rozważmy teraz niesamowitą myśl – jak olbrzymim krokiem naprzód byłoby potwierdzenie egzystencji planety w innej galaktyce?
Większość zaobserwowanych planet pozasłonecznych znajduje się w odległościach od kilkudziesięciu do tysięcy lat świetlnych. Planeta w innej galaktyce byłaby jednak odległa nie o setki lub tysiące lat świetlnych, a o miliony. Wydaje się to niemożliwe? Na pierwszy rzut oka z pewnością tak, jednak pojawiają się pierwsze głosy naukowców, którzy są zdania, że taka możliwość bynajmniej nie jest bajką science-fiction.
Jedną z najciekawszych technik obserwacyjnych, stosowanych w celu identyfikowania planet pozasłonecznych, jest tzw. mikrosoczewkowanie grawitacyjne (zamiennie stosowane jest też angielskie określenie “pixel lensing”). Jest to dość szczególny przypadek szerszego zjawiska, soczewkowania grawitacyjnego, wyróżniający się tym, że zamiast obserwowanych zniekształconych obrazów odległych obiektów mamy do czynienia tylko z delikatnym pojaśnieniem gwiazdy lub innego ciała, znajdującego się idealnie w linii prostej przed odleglejszym obiektem. Technika ta to spore wyzwanie technologiczne, jednak ogromne znaczenie ma tutaj też po prostu łut szczęścia – nie dość, że – przykładowo – obserwatorzy na Ziemi, obiekt odpowiedzialny za soczewkowanie oraz obiekt “docelowy”, którego obecność chcemy stwierdzić, muszą znajdować się dokładnie w jednej osi, to jeszcze cały ten proces trwa zazwyczaj bardzo krótko, jest to kwestia godzin czy nawet minut. Samo pojaśnienie gwiazdy również jest bardzo nieznaczne i wymaga nie lada spostrzegawczości ze strony badaczy.
Międzynarodowy zespół naukowców, złożony z astronomów z Włoch, Szwajcarii, Hiszpanii i Rosji, wykazał ostatnio, że teoretycznie istnieje możliwość zaobserwowania w ten sposób planety pozasłonecznej w innej galaktyce. Naukowcy stworzyli model komputerowy, w którym nakarmili komputery odpowiednimi danymi, pozwalającymi określić prawdopodobieństwo wykrycia egzoplanety w galaktyce Andromedy (M31) – najbliższej nam, odległej o 2,5 mln lat świetlnych galaktyce spiralnej. Zdaniem zespołu model ten zdaje się potwierdzać, że wykrycie planety pozasłonecznej w Andromedzie przy zastosowaniu mikrosoczewkowania grawitacyjnego powinno być możliwe – co ciekawe – przy zastosowaniu dzisiejszej technologii.
Na tym jednak nie koniec – o ile dotąd mowa była o modelu komputerowym, czyli pracy czysto teoretycznej, naukowcy posunęli się o krok dalej – zastosowali swój nowatorski model do projektu z 2004 roku, zwanego POINT-AGAPE (Pixel-lensing Observations with the Isaac Newton Telescope-Andromeda Galaxy Amplified Pixels Experiment), w którym poszukiwano w Andromedzie śladów mikrosoczewkowania grawitacyjnego. Zdaniem badaczy udało im się w zgromadzonych wówczas danych znaleźć przynajmniej jedną obserwację, która spełniałaby bardzo dobrze założenia modelu i tym samym wskazuje na zaobserwowanie w Andromedzie egzoplanety – obiektu o masie mniej więcej sześciu Jowiszy.
Niestety nie mamy tutaj jako biedni laicy zbyt wielkiego wyboru – ponieważ powtórzenie obserwacji jest niemożliwe (ze względu na niepowtarzalny zapewnie układ obiektów), możemy albo zawierzyć naukowcom albo też ich informacje z niewiarą odrzucić. Wydaje się jednak, że mamy tutaj rzeczywiście do czynienia z interesującym pomysłem – wspomniany zespół naukowy jest pełen zapału i zamierza udowodnić poprawność swoich przewidywań w najbliższym czasie, z czym, niestety, może być problem. Naukowcy potrzebują bowiem dorwać się do sporego teleskopu na dłuższy czas – to już kwestia tego, czy odpowiednie godziny obserwacji zostaną im przyznane.
Można oczywiście z drugiej strony kwestionować sens takich obserwacji – w końcu obecność planet w Andromedzie jest więcej niż pewna, gdyż nie wydaje się, by Droga Mleczna miała być pod tym względem wyjątkowa i być jedyną z galaktyk w bezmiarze Wszechświata, która może pochwalić się układami planetarnymi. Nie trzeba więc w zasadzie niczego potwierdzać – planety istnieć istnieją, tyle, że nie potwierdziliśmy tego obserwacyjnie. Dodatkowo poza stwierdzeniem obecności planety, nawet zakładając, że rzeczywiście się to uda, nie osiągniemy niczego – ani nie będziemy w stanie dowiedzieć się o niej czegoś więcej ponad sam fakt jej istnienia ani też nie nawiążemy raczej kontaktu z żyjącymi tam hipotetycznie ufokami. O ile w przypadku pobliskich egzoplanet istnieją spore szanse, że coraz dokładniej będziemy poznawać ich charakterystykę i w końcu będzie możliwe stwierdzenie, czy któraś z nich wytworzyła na swej powierzchni życie, o tyle planety w Andromedzie na zawsze pozostaną nieosiągalne dla badaczy.
Praca zespołu naukowego
Źródła:
Link 1
Link 2
Link 3
Grafika: Galaktyka M31 (Andromeda). W tym świetlnym bezładzie naukowcy ponoć potwierdzili istnienie planety… Hm…
Źródło grafiki
Credit: NASA
Cztery markery życia
25 listopad 2008
O tym, że kosmiczny teleskop Hubble’a jest od wielu już lat bezcennym instrumentem badawczym dla astronomów, nie muszę chyba nikogo, kto choć trochę zorientowany jest w temacie, przekonywać. Groźna awaria, która na jakiś czas pozbawiła naukowców strumienia wartościowych danych, należy już na szczęście do przeszłości w wyniku, co prawda to prawda, trochę prowizorycznej naprawy, miejmy jednak nadzieję, że kosmonauci w trakcie zaplanowanego na wiosnę serwisowego lotu zreperują teleskop do końca i zapewnią mu jeszcze lata owocnej pracy. Nie tak dawno prezentowałem tutaj rewelacyjne zdjęcie, którym teleskop spektakularnie pokazał, że nie można go wcale spisywać na straty, tym razem kolejne ciekawe odkrycie, dokonane dzięki staruszkowi Hubble’owi.
Poszukiwanie i badanie planet poza naszym Układem Słonecznym, nie wspominając już wcale o poszukiwaniu na nich życia, to dość niewdzięczna i trudna robota. Największym wrogiem badaczy są oczywiście odległości i kosmiczne skale, które bardzo zawężają pole poszukiwań. W stosunku do gwiazd planety odznaczają się mikroskopijną wręcz wielkością, co niezwykle utrudnia obserwacje. Odkryto już co prawda kilkaset planet pozasłonecznych, jednak dopiero niedawno zaprezentowano zdjęcie, na którym (jako niemrawy punkcik, ale jednak) po raz pierwszy bezpośrednio można zobaczyć taką planetę. Większość dowodów na istnienie planet pozasłonecznych bowiem to dowody pośrednie, opierające się na wynikach obserwacji w różnych technikach, takich jak metoda tranzytu czy mikrosoczewkowania grawitacyjnego, przy czym ta ostatnia jest z powodzeniem realizowana przez polskich badaczy. Kiedy jednak podnosimy poziom trudności komplikując jeszcze bardziej sprawę i stawiając pytanie o obecność życia na odległych planetach, problemy stają się niemal nie do pokonania.
Kłopot powstaje już oczywiście przy samych założeniach, jakie musimy określić przed rozpoczęciem poszukiwań – w końcu dotąd tak naprawdę naukowcy nie są zgodni co do tego, jak ma brzmieć w ogóle definicja “życia”. Istnieje wiele, mniej lub bardziej, szalonych pomysłów, w jaki sposób życie może manifestować się we Wszechświecie, mowa czasem o formach zupełnie odmiennych od tej, w której życie istnieje na naszej planecie, a więc formie opartej na węglu. Nie mamy żadnych informacji co do tego, które z tych opcji mogą być prawdziwe, kto wie, czy kiedykolwiek je mieć będziemy, dlatego póki co nie pozostaje nam nic innego, jak koncentrować się na poszukiwaniu życia podobnego do tego na Ziemi.
Naukowcy określili swego czasu cztery “markery”, czyli ślady chemiczne, które są wytwarzane bądź są niezbędne dla egzystencji życia typu ziemskiego, w celu poszukiwań poza Układem Słonecznym. Są to dwutlenek węgla, metan, woda oraz tlen (ozon). Dzięki wytężonej pracy astronomów wykryto dotąd w atmosferach planet pozasłonecznych dwa z nich – metan oraz wodę, obecnie doszło do kolejnego przełomu, bowiem po raz pierwszy w historii na odległej planecie wykryto dwutlenek węgla.
Planeta HD 189733b krąży wokół gwiazdy odległej od nas o ok. 65 lat świetlnych. Niestety, wykrycie dwutlenku węgla w jej atmosferze w zasadzie służy tylko jako demonstracja prawidłowości metody badawczej, jako dowód na to, że jesteśmy w stanie dwutlenek wykryć, gdyż życia (przynajmniej w formie, jaką znamy) na tej planecie odkryć nie odkryjemy. Planeta HD 189733b jest bowiem, niestety, “gorącym Jowiszem”, typem gazowego olbrzyma, który okrąża macierzystą gwiazdę na bardzo ciasnej orbicie, z tego względu jest to planeta bardzo gorąca i niegościnna. Niemniej jednak samo odkrycie ma duże znaczenie – metoda, dzięki której stwierdzono obecność dwutlenku węgla na tej planecie będzie mogła być stosowana przez planowaną przez agencję NASA misję Terrestial Planet Finder, teleskopy, które (kiedyś tam, bo obecnie prace są z tego co wiem niestety zawieszone) “zawisną” na orbicie Ziemi właśnie w celu poszukiwania planet pozasłonecznych.
Odkrycie jest ważne, gdyż demonstruje, iż jesteśmy obecnie w stanie wykryć na planetach pozasłonecznych obecność trzech z czterech “niezbędników” życia. Co ciekawe, astronomowie, którzy dokonali odkrycia (Giovanne Tinetti wraz kolegami z University College London, Wielka Brytania), nie bardzo ciągle wiedzą, skąd dwutlenek na HD 189733b w ogóle się wziął. Prawdopodobnie ze względu na niewielką odległość od gwiazdy jej niezwykle silne promieniowanie rozbija cząsteczki innych związków chemicznych, tworząc dwutlenek węgla w atmosferze olbrzyma.
Ktoś może zapytać – i gdzie tutaj związek z teleskopem Hubble’a? Już podaję – odkrycia dokonano korzystając z urządzenia Near Infrared Camera and Multi-Object Spectrometer (NICMOS) znajdującego się na… no jak myślicie?
Źródła:
Link 1
Link 2
Grafika: Mapa temperatur na powierzchni planety HD 189733b. Natężenie barwy (w kierunku białego) oznacza rosnącą temperaturę. Trudno poddawać w wątpliwość stwierdzenie, że planeta jest “niegościnna”, skoro barwa biała (strona zwrócona stale ku gwieździe) odpowiada temperaturze ok. 930 °C, natomiast “najzimniejsze” plamy to temperatura ok. 650 °C…
Źródło grafiki
Credit: NASA/JPL-Caltech/H. Knutson (Harvard-Smithsonian CfA)
Bardzo ciężko i bardzo gorąco
23 październik 2008
Ależ się porobiło – kiedy udało mi się napisać kilka ostatnich wpisów we względnie krótkich odstępach czasowych, miałem nadzieję, że trend ten uda się utrzymać i pisać będę częściej. Niestety, tak to zwykle bywa, że nadzieje te okazały się płonne i musiałem z dnia na dzień, ze względu na niezliczone, inne zadania, odkładać z ciężkim sercem pisanie na później. Wreszcie jednak się udało – wyrwałem chwilę z kolejnego napiętego dnia, bo a nuż ktoś pomyśli, że blog mi tutaj umiera…
Tematów w tym czasie, o których warto byłoby napisać, uzbierało się przynajmniej kilkanaście – wszystkich z mojego punktu widzenia bardzo ciekawych (trzeba przyznać, że jesienią pojawia się tajemniczy wysyp ciekawych informacji, zachowują się podobnie jak grzyby, których w okolicznych lasach też teraz sporo), z których tak trudno wybrać te, które pójdą w pierwszej kolejności “pod nóż”. Cóż, nie chciałbym tworzyć wpisu-rzeki, o wszystkim i tak naprawdę o niczym, więc coś musiałem wybrać w “pierwszym rzucie”.
Odkryliśmy już, przy zastosowaniu różnych technik obserwacyjnych, kilkaset planet pozasłonecznych. Gna nas ku temu fascynacja poszukiwania miejsc w dalekim Kosmosie, które, być może przy odrobinie szczęścia, mogą okazać się podobnymi do naszej przytulnej planetki (choć możliwości techniczne jeszcze nie do końca na to pozwalają), jednak nawet jeśli dotąd takiej kopii Ziemi nie udało nam się we Wszechświecie znaleźć, nie oznacza to, iż absolutnie nic ciekawego tam nie ma pod tym względem. Pisałem już kilkakrotnie o zadziwiających planetach pozasłonecznych, z których każda na swój sposób była jedyna w swoim rodzaju (niektóre wprawdzie tylko przez czas jakiś, po którym zostały na swym miejscu zastąpione przez jeszcze bardziej zadziwiające), jednak kolejnych “rekordzistek” nie brakuje – o dwóch takich planetach, jedynych w swym rodzaju, chciałem właśnie dziś napisać.
Obie planety posiadają cechy, które dla odkrywców okazały się być ogromnym zaskoczeniem. Pierwsza bowiem jest niezwykle masywna, stawiając pod znakiem zapytania jej prawdziwą przynależność do grona planet, druga natomiast jest planetą niewyobrażalnie gorącą, o temperaturze, którą trudno nam sobie wyobrazić.
Satelita COROT (Convection, Rotation and Planetary Transits) to wspólne dzieło Europejskiej (ESA) oraz Francuskiej (CNES) Agencji Kosmicznej. Teleskop, krążący na orbicie naszej planety, stworzony został w jednym celu – poszukiwania planet pozasłonecznych możliwych do zaobserwowania na zasadzie tzw. tranzytu, czyli ledwie dostrzegalnego osłabienia jasności gwiazdy w sytuacji, gdy przed jej tarczą przesuwa się regularnie okrążająca ją planeta. COROT ma już na swoim koncie sporo ciekawych odkryć, do tej kolekcji w ostatnim czasie dołączyło kolejne – planeta, nazwana CoRoT-Exo-3b to bardzo egzotyczny obiekt, o którym trudno tak naprawdę powiedzieć, czym jest w rzeczywistości – planetą jeszcze czy też już brązowym karłem (czyli “niedoszłą” gwiazdą, której masa okazała się “ciut” za mała, by zainicjować reakcje termojądrowe rozpalające “gwiazdowy piec”). Odkryto ją już wprawdzie pół roku temu, jednak dopiero teraz, korzystając również z teleskopów naziemnych, uzbierano więcej interesujących danych. Planeta na pierwszy rzut oka wydaje się jednym z wielu “gorących Jowiszy”, czyli masywnych, gazowych olbrzymów (o masie i wielkości zbliżonej do Jowisza), krążących względnie blisko macierzystej gwiazdy. Wielkość CoRoT-Exo-3b pod tym względem niczym nie zaskakuje – szacuje się, że wielkość planety w przybliżeniu równa się wielkości Jowisza. Wielką niespodzianką jednak jest jej szacunkowa masa – mniej więcej 20-krotność masy Jowisza! Zakładając, że dane te są poprawne, gęstość materii tej planety musiałaby być mniej więcej dwukrotnie większa niż gęstość dobrze nam znanego ołowiu.
Kolos ten okrąża gwiazdę, która jest trochę większa od naszego Słońca, w ciągu 4 ziemskich dni i 6 ziemskich godzin. Znów nic specjalnego, bo tak szybkie pokonywanie orbity to “normalna” rzecz wśród “gorących Jowiszy”. Problem jednak pojawia się gdzie indziej – dotąd odnaleziono sporo planet pozasłonecznych, których masy sięgały maksymalnie 12 mas Jowisza, znaleziono też brązowe karły, z których najmniejszy miał 70 mas Jowisza. Cóż jednak począć z CoRoT-Exo-3b? Dotąd pomiędzy największymi znanymi planetami a najmniejszymi karłami istniała bowiem spora luka, całkowicie niezapełniona. Nowo odkryta planeta wpycha się w tę lukę, trudno jednak powiedzieć, czym jest naprawdę – planetą czy “niedoszłą” gwiazdą. Pomijamy tutaj już inne, palące pytanie, które dręczy astronomów – w jaki sposób tak masywny obiekt mógł powstać w tak niewielkiej odległości od gwiazdy?
O ile CoRoT-Exo-3b to planeta niezwykle ciężka, to planeta WASP-12b jest bardzo dosłownie “gorącym Jowiszem”, można by nawet powiedzieć, że “bardzo bardzo gorącym Jowiszem”. I do tego “bardzo bardzo szybkim”. W odległości mniej więcej 870 lat świetlnych od Ziemi znajduje się bowiem gwiazda (zwana konsekwentnie WASP-12), wokół której, w oszałamiającym czasie 1,1 ziemskiego dnia obraca się gazowy olbrzym WASP-12b. Planeta ta nie zaskakuje pod względem masy – jest o połowę “lżejsza” od Jowisza, jest jednak niezwykle duża – szacuje się, że jej średnica jest niemal dwukrotnie większa od średnicy olbrzyma z Układu Słonecznego. Wielkość ta może wynikać między innymi z porażająco niewielkiej odległości od gwiazdy, gdyż WASP-12b orbituje wokół gwiazdy w odległości równej zaledwie 1/40 średniej odległości Ziemi od Słońca, co przekłada się na maleńkie, w kosmicznych skalach, 3,4 miliona kilometrów. Niemal namacalna bliskość gwiazdy powoduje prawdopodobnie, że gęstość gazu w olbrzymie jest dość niska, inaczej mówiąc, gwiazda powoduje, że WASP-12b “okropnie puchnie” pod wpływem jej palącego światła. Temperatura planety, jak przypuszczają naukowcy, to niesamowite 2250 °C (to mniej więcej połowa temperatury fotosfery słonecznej i temperatura, jaką poszczycić się może wiele gwiazd klasy M!)…
Zmarznąć na tej planecie raczej byłoby trudno. Odkryto ją w ramach przeglądu Wide Area Search for Planets (“SuperWASP”), finansowanego przez Wielką Brytanię. Na usługach projektu, od 2004 roku, znajdują się dwa zautomatyzowane teleskopy, które – każdy posiadający po osiem kamer – przeglądają niebo na obu półkulach Ziemi (jeden na Wyspach Kanaryjskich, drugi w Republice Południowej Afryki) w poszukiwaniu planet pozasłonecznych (tak samo jak w przypadku COROT’a, szukając śladów tranzytu planet). Warto jeszcze dodać, że średnica WASP-12b również nie należy do “przeciętnych” w opinii naukowców – zdaje się nawet przekraczać maksymalne, dotąd przewidywane rozmiary gazowych olbrzymów.
Źródła:
Link 1
Link 2
Link 3
Grafika: Tak wyobraża sobie artysta planetę WASP-12b na tle macierzystej gwiazdy
Źródło grafiki
Credit: ESA / C. Carreau
Planeta (może) bez macierzystej gwiazdy
4 czerwiec 2008
W połowie kwietnia, a więc przed zaledwie sześcioma tygodniami, pisałem o odkryciu przez astronomów najmniejszej znanej dotąd planety pozasłonecznej, krążącej wokół “zwykłej” gwiazdy, o masie pięciokrotnie większej od Ziemi. Świadomie dodałem tutaj warunek “krążącej wokół ‘zwykłej‘ gwiazdy”, gdyż jeśli chodzi o wielkość i masę egzoplanet dotąd odkrytych ciągle niepodzielnie rządzi wiekowe już jak na standardy szybko rozwijającej się astronomii odkrycie polskiego naukowca, prof. Alekandra Wolszczana z 1992 roku, kiedy to wokół pulsara PSR 1257+12 Wolszczan nie dość, że odkrył pierwsze w historii zaobserwowane planety pozasłoneczne, to jeszcze i najmniejsze dotąd znane – dwie z nich mogą być zbliżone masą nawet do Ziemi. Jednak pulsar to inaczej mówiąc gwiazda neutronowa, obracająca się bardzo szybko wokół własnej osi i emitująca bardzo regularne błyski promieniowania elektromagnetycznego – a gwiazda neutronowa to obiekt powstający podczas gwałtownej śmierci gwiazdy w trakcie jej przemiany w supernową. Nie mówimy tutaj więc o planecie okrążającej gwiazdę, a raczej planecie okrążającej jej pośmiertne resztki.
Wracając jednak do wspomnianej planety sprzed kilku tygodni – kilkanaście dni temu planeta odeszła w niepamięć i została zdematerializowana, kiedy to podczas konferencji naukowej “Transiting Planets” w Chicago (USA) oficjalnie zanegowano jej istnienie na podstawie dokładnych analiz ruchu jej wcześniej odkrytej, większej i niedoszłej partnerki i tym samym odwołano całe odkrycie. W ten sposób na polu boju pozostały obecnie znowu tylko trzy tzw. “superziemie”, czyli planety typu skalistego, o masie mniejszej niż 10 mas Ziemi.
Możliwe jednak, że grupa ta (wyglądająca rzeczywiście dość blado na tle ok. 300 odkrytych dotąd planet pozasłonecznych) wzmocni się ponownie o jednego przedstawiciela. Możliwe nawet, że będzie to przy okazji planeta naprawdę tym razem najmniejsza, bo większa od Ziemi zaledwie 3,3 razy. Wspomniałem wyżej o klasyfikacji planet pozasłonecznych wokół gwiazd “zwykłych” (czy ściślej gwiazd tzw. ciągu głównego), która wyklucza zaliczenie historycznego odkrycia prof. Wolszczana do grona “superziem”. Ciekawy zbieg okoliczności może sprawić, że z analogiczną sytuacją będziemy mieć do czynienia i w tym przypadku – nie wiadomo bowiem na pewno, czy gwiazda, którą okrążać ma nowa planeta, jest w ogóle prawdziwą gwiazdą.
Brzmi dziwnie? Z pewnością, spieszę jednak z wytłumaczeniem, o co chodzi – zanim ktoś jeszcze pomyśli, że ta “nie-gwiazda” to pewnie twór sztucznej inteligencji, nie daj Boże nawet Gwiazda Śmierci Dartha Vadera. Pomysł to wprawdzie zajmujący, niestety mamy do czynienia z czymś “zwyklejszym”, o ile można używać tego stwierdzenia wobec gwiazd. W odległości ok. 3000 lat świetlnych od nas, w gwiazdozbiorze Strzelca, znajduje się bowiem obiekt, którego wielkość – ok. 1/20 masy Słońca – wzbudza spore wątpliwości, czy przynależy on do szeregów gwiazd (czyli kosmicznych “pieców jądrowych”) czy też jest tzw. “brązowym karłem” (więcej o tego typu obiektach pisałem tutaj), czyli “niemal” gwiazdą, w której masa okazała się niewystarczająca do rozpalenia wspomnianego “pieca”. Naukowcy ze względu na spory margines błędu obserwacyjnego nie są w stanie póki co określić, z którym z tych obiektów mamy do czynienia – pikanterii dodaje tutaj fakt, że odkryty obiekt zdaje się balansować na granicy pomiędzy smutnym żywotem brązowego karła a świetlistą drogą gwiazdy: przy ostrożnym założeniu, że masa obiektu to ok. 5% masy Słońca biorąc pod uwagę margines błędu nietrudno rozważać również możliwość, że jednak jest to gwiazda (do czego, jak sądzą naukowcy, wymagana jest masa o wartości conajmniej 8% masy Słońca). W każdym bądź razie – niezależnie czy to brązowy karzeł czy też czerwony karzeł światło tego obiektu jest od 3000 do nawet miliona razy słabsze niż Słońca i tutaj należą się szczególne brawa naukowcom, którzy dokonali odkrycia planety, krążącej wokół tak słabo świecącego obiektu.
Dość o gwieździe – korzystający z teleskopu w ramach przeglądu nieba “MOA-II Microlensing Survey” w Mount John Observatory (Nowa Zelandia) międzynarodowy zespół astronomów poinformował, że zaobserwował najmniejszą dotąd odkrytą egzoplanetę, o wielkości mniej więcej 3,3 przekraczającej wielkość naszej kochanej Ziemi. Obiekt, nazwany jakże ładnie MOA-2007-BLG-192Lb, prawdopodobnie okrąża swą macierzystą gwiazdę (lub karła) w odległości zbliżonej do tej, w jakiej w naszym Układzie Słonecznym Słońce okrąża Wenus. Wydawałoby się, że to naprawdę blisko i możemy mówić o “ekostrefie” (już widzę podniecenie poszukiwaczy życia pozaziemskiego), jednak nie zapominajmy o tym, że światło gwiazdy (karła?) jest niezwykle słabe. Astronomowie przypuszczają ostrożnie, że planeta może składać się ze skał oraz lodu, posiadać nawet cienką atmosferę (już nie wspominam o tym, że niektórzy co bardziej porywczy widzą tam oczyma wyobraźni nawet całe płynne oceany na powierzchni), jednak egzobiologów nieszczególnie to zachwyci – światło gwiazdy może wystarczać do tego, by atmosfera (jeśli w ogóle istnieje) miała temperatury co najwyżej zbliżone do tych panujących… na Plutonie, a więc trochę jakby zimno tam jest.
Odkrycie jest ciekawe pod różnymi względami; przed odkryciem MOA-2007-BLG-192Lb nie znaleziono jeszcze żadnej planety, która okrążałaby gwiazdę lżejszą niż 20% masy Słońca. Okazuje się więc, że spektrum gwiazd, wokół których mogą istnieć planety, stale się poszerza i nawet niewielkie gwiazdki mogą posiadać swój orszak planetarny. Ciekawa jest również technika, za pomocą której odkryto planetę: posłużono się tutaj techniką tzw. mikrosoczewkowania grawitacyjnego, polegającą oględnie mówiąc na tym, że w przypadku gdy na jednej prostej (spoglądając z Ziemi) znajdują się na przykład dwie gwiazdy, to ta nam bliższa działa niejako jako soczewka dla promieni świetlnych biegnących z tej bardziej oddalonej, pojaśniając w określony sposób jej światło. Możliwe jest w ten sposób również odkrywanie planet – planeta okrążająca bliższą nam gwiazdę w ściśle określony sposób wpływa na ten efekt pojaśnienia.
I na koniec – nie zapominajmy o tym, że mikrosoczewkowanie grawitacyjne służące do odkrywania planet to od lat domena naszych naukowców z Polski, którzy spopularyzowali tą technikę obserwacji. Projekt OGLE (Optical Gravitational Lensing Experiment), kierowany przez polskich astronomów, istnieje już od 15 lat i odniósł już kilka spektakularnych sukcesów. Niestety, twórca tego projektu, prof. Bohdan Paczyński, zmarł w 2007 roku…






