Komu w drogę, temu czas
20 maj 2008
Supermasywne czarne dziury, jak kilka razy już wspominałem, wydają się być niemal nieodłącznym składnikiem dużych galaktyk, takich jak nasza Droga Mleczna. Przesiadują – czasem spokojnie i niemal niezauważalnie, czasem bardzo aktywnie i rozrabiacko – w galaktycznych jądrach, gdzie ze względu na największą gęstość gwiazd mają doskonałe warunki do egzystowania. Jednak teoria względności Einsteina podsuwa naukowcom bardzo ciekawe możliwości, związane z tymi galaktycznymi potworami: opierając się na tej teorii astronomowie poszukują supermasywnych czarnych dziur, które… niespeszone opuszczają jądro galaktyki!
Nieraz pisałem już też o wielkich kosmicznych katastrofach, jakimi są zderzenia między galaktykami (szczerze polecam piękną galerię teleskopu Hubble’a, o której pisałem tutaj). Zderzenie to prowadzi do zlania się obu obiektów w jedną, wielką galaktykę, nietrudno więc pójść dalej, i zastanowić się nad tym, co dzieje się w takiej sytuacji z czarnym dziurami w centrach łączących się galaktyk (zakładamy, że obie posiadają w środku takiego potworka)? Obie czarne dziury po spiralnym torze zaczną się ku sobie zbliżać i w końcu się zderzą, zlewając się również w jeszcze bardziej gigantyczną czarną dziurę. Sięgając do wspomnianej teorii Einsteina – połączenie takie to jedno z najgwałtowniejszych zjawisk we Wszechświecie, które nie jest bez znaczenia dla otaczającej pole bitwy czasoprzestrzeni. Podczas kolizji dwóch czarnych dziur zgodnie z teorią powinno dochodzić do emisji tzw. fal grawitacyjnych (których ciągle bezskutecznie poszukujemy, choćby w ramach projektu LIGO), swoistych zmarszczek w strukturze przestrzeni.
Ciekawym spostrzeżeniem są w tym kontekście wyniki symulacji komputerowych, które zdają się wskazywać na to, iż kolizja czarnych dziur powinna prowadzić do emisji fal grawitacyjnych z większym natężeniem w jednym, określonym kierunku. Jeśli tak jest rzeczywiście, to czarna dziura, powstała ze zderzenia, powinna zostać “popchnięta” w stronę przeciwną, z prędkościami sięgającymi nawet kilku tysięcy kilometrów na sekundę. Czasem mogłoby to nawet być wystarczającym impulsem, by wyrzucić supermasywnego potwora całkowicie z galaktyki.
Zespół astronomów pod kierownictwem pani Stefanie Komossa z Max-Planck-Institut für extraterrestrische Physik (Garching, Niemcy) (tak, znane skądinąd nam nazwisko, kobieta zdaje się być mocno aktywna – niedawno pisałem o innej ciekawej pracy jej zespołu tutaj) twierdzi, iż znalazł dowody obserwacyjne na pierwszego zaobserwowanego w historii takiego zmykającego potwora. Uciekająca czarna dziura znajdować się ma w kwazarze o nazwie SDSS J0627+2943, gdzie naukowcy pod przywództwem hiperaktywnej astronomki na podstawie analizy spektralnej kwazara ustalili, iż czarna dziura przemieszcza się z prędkością 2650 km/s w stosunku do swej galaktyki. Jeśli utrzymałaby tą prędkość, kiedyś, w dalekiej przyszłości, może całkowicie opuścić galaktyczne włości – choć swoją drogą można zapytać, czemuż miałaby opuszczać stołówkę?
Praca pani Komossa i jej zespołu naukowego jest jednak mocno kontrowersyjna, niektórzy naukowcy bowiem uważają, że wnioski wyciągnięte przez astronomów z Niemiec są zbyt daleko idące i zbyt chwiejne, by stanowić rzeczywiście odkrycie pierwszej “odlatującej” czarnej dziury. Interpretacja widma spektralnego kwazara to zbyt mało – by uzyskać silniejsze dowody konieczne byłoby wykazanie, że czarna dziura jest rzeczywiście przesunięta w stosunku do centrum galaktyki, co też zespół Komossa skwapliwie w przyszłości chce zrobić.
Niezależnie od tego jednak, czy odkrycie jest faktem czy też nie – niepokojąca to wizja. Pisałem kiedyś o małych czarnych dziurach-rozbójnikach, które śmigają sobie podobno po naszej Galaktyce, jednak tutaj przechodzimy w zupełnie inny wymiar: wyobraźmy sobie czarną dziurę o masie miliardów Słońc, sunącą w stronę naszej planety (choć niewiele byłoby rzeczywiście widać, poza znikaniem gwiazd). Nic tylko zmówić pacierz i schować się pod łóżko. Na szczęście do kolizji z Andromedą jeszcze sporo czasu – dwa miliardy lat – więc pewnie coś zaradzimy.






